— Zróbmy prościej — wylecisz z mojego mieszkania jak korek z butelki — poradziła Helena mężowi. — I zapomnisz drogę tutaj.

— Zróbmy prościej — wylecisz z mojego mieszkania jak korek z butelki — poradziła Helena mężowi. — I zapomnisz drogę tutaj.

Anatolij zastygł pośrodku salonu, trzymając w rękach teczkę z dokumentami. Jego twarz pobladła, a potem oblała się rumieńcem.

— Co znaczy „z twojego mieszkania”? Przecież kupowaliśmy je razem!

— NIE, — ucięła Helena, ściskając w dłoni akt własności. — To mieszkanie mojej babci, Wiery Pawłowny. Przekazała mi je w darowiźnie pięć lat temu. Ty po prostu tu mieszkałeś, korzystając z mojej gościnności.

Anatolij opuścił teczkę na stolik kawowy. W jego oczach pojawiło się zdumienie, które szybko przerodziło się w złość.

— Helena, zwariowałaś? Jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat! Mamy wspólny biznes, konta…

— Byliśmy małżeństwem, — poprawiła, wyjmując z torebki kolejny dokument. — Pozew o rozwód złożyłam miesiąc temu. A jeśli chodzi o biznes… Twoja firma „AnatolijStroj” już nie istnieje.

— Jak to — nie istnieje?!

Helena usiadła w fotelu, zakładając nogę na nogę. Jej głos brzmiał spokojnie, wręcz chłodno.

— Bardzo prosto. Pamiętasz, jak trzy lata temu prosiłeś mnie, żebym podpisała jakieś papiery? Powiedziałeś, że to dla optymalizacji podatkowej. Ufałam ci i podpisałam. Okazało się, że przepisałeś firmę na mnie. W całości. A teraz ja, jako jedyny właściciel, podjęłam decyzję o jej likwidacji.

Anatolij chwycił się oparcia kanapy.

— Nie mogłaś… To przecież moje dzieło! Stworzyłem ją od zera!

— Od zera? — Helena uśmiechnęła się z przekąsem. — Na pieniądze mojego ojca, Wiktora Siemionowicza. Pamiętasz, jak przysięgałeś mu, że będziesz się o mnie troszczył? Że nigdy mnie nie zdradzisz?

— Helena, posłuchaj…

— NIE, to ty posłuchaj! — wstała i podeszła do okna. Za szybą rozciągało się wieczorne miasto. — Wiesz, ile razy twoja kochanka Miłosława dzwoniła do mnie w ostatnim miesiącu?

Anatolij drgnął.

— Jaka jeszcze Miłosława?

— Twoja sekretarka. Dwudziestotrzyletnia blondynka z doczepianymi rzęsami. Ta, której obiecałeś mieszkanie w nowym kompleksie mieszkaniowym. Zresztą — za firmowe pieniądze.

— Skąd ty…

— Mam wszystkie wasze rozmowy, Tolik. WSZYSTKIE. I zdjęcia z tego wyjazdu do Soczi, kiedy rzekomo byłeś na targach budowlanych. I wyciągi z kont — ile wydałeś na jej prezenty.

Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w eleganckim garniturze. Anatolij rozpoznał Światogora — prawnika Heleny.

— Heleno Wiktorowno, — zwrócił się do niej, — dokumenty są gotowe. Pan Anatolij Pietrowicz musi opuścić lokal w ciągu dwudziestu czterech godzin.

— Światogor, to nielegalne! — wybuchł Anatolij. — Mam prawo…

— Zgodnie z intercyzą, którą podpisaliście osiem lat temu, — przerwał prawnik, — w przypadku zdrady winna strona traci wszelkie prawa do wspólnego majątku. Zresztą, jak się okazało, wspólnego majątku nie ma. Wszystko jest zapisane na Helenę Wiktorownę.

Anatolij rzucił się do teczki z dokumentami, które przyniósł ze sobą.

— Mam dowody! Helena też mnie zdradzała! Oto zdjęcia!

Wyrwał kilka fotografii i rzucił je na stół. Na zdjęciach była Helena w towarzystwie nieznanego mężczyzny w restauracji.

Helena wzięła jedno ze zdjęć, przyjrzała się uważnie.

— To Dobromysł Igoriewicz. Mój kuzyn z Nowosybirska. Przyjechał na jubileusz cioci Mariny. Ty, swoją drogą, odmówiłeś pójścia na rodzinne przyjęcie. Powiedziałeś, że masz ważne spotkanie. Z Miłosławą, jak się domyślam.

— To nie twój kuzyn! Sprawdziłem!

— Sprawdziłeś? — uniosła brew. — Czyli mnie śledziłeś? Wynająłeś detektywa?

— Miałem prawo wiedzieć!

— WYNOSI SIĘ! — krzyknęła. — Zabierz swoje rzeczy i zniknij! I nie waż się tu więcej pokazywać!

W tej chwili drzwi otworzyły się, a do mieszkania weszła starsza kobieta — matka Anatolija, Zinaida Stiepanowna. Za nią podążała jego siostra Warsenika z mężem Ratiborem.

— Co tu się dzieje? — zapytała władczym tonem Zinaida Stiepanowna. — Tolik, dlaczego twoja żona krzyczy?

— Mamo, ona wyrzuca mnie z domu!

Zinaida Stiepanowna zmierzyła Helenę pogardliwym spojrzeniem.

— Doprawdy? Po wszystkim, co mój syn dla ciebie zrobił?

— A co takiego dla mnie zrobił? — spokojnie zapytała Helena.

— Ożenił się z tobą! Z prostą dziewczyną z prowincji!

— Jestem moskwianką w trzecim pokoleniu, Zinaido Stiepanowno. To pani syn przyjechał z Saratowa piętnaście lat temu. Bez grosza przy duszy.

— Jak śmiesz! — wtrąciła Warsenika. — Mój brat to odnoszący sukcesy przedsiębiorca!

— Był, — sprostował Światogor. — Firma została zlikwidowana trzy dni temu.

— Co?! — Ratibor zrobił krok naprzód. — Tolik, co to ma znaczyć? Przecież obiecałeś mi kontrakt na dostawę materiałów!

— Nie będzie żadnych kontraktów, — ucięła Helena. — Firmy już nie ma.

— Zrujnowałaś mojego syna! — wrzasnęła Zinaida Stiepanowna. — Wiedźma!

— Twój syn sam siebie zrujnował. Wypłacił z konta firmy trzy miliony. Myślał, że się nie dowiem. Pieniądze trafiły na konto pewnej Miłosławy Krasnowej.

— Kim jest ta Miłosława? — ostro zapytała Warsenika, spoglądając na brata.

— Nikt! To oszczerstwo!

W drzwiach pojawiła się młoda kobieta o jaskrawo rudych włosach. W rękach trzymała klucze.

— Tolik, przyszłam, jak prosiłeś… Och! — zamarła, widząc wszystkich zgromadzonych.

— Miłosława, — powiedziała chłodno Helena. — W samą porę.

— Ja… ja chyba pójdę…

— STÓJ! — rozkazała Zinaida Stiepanowna. — Kim ty jesteś?

— Ja… ja Miłosława. Pracuję… pracowałam z Anatolijem Pietrowiczem.

— I po co tu przyszłaś? — zmrużyła oczy Warsenika.

— Tolik… to znaczy Anatolij Pietrowicz powiedział, że będziemy tu mieszkać. Że się rozwiódł i…

— ROZWIEDŁ SIĘ?! — wybuchła Zinaida Stiepanowna. — Tolik, co tu się dzieje?!…

— Anatolij milczał, wpatrując się w podłogę.

— JESTEM W CIĄŻY, — powiedziała cicho Miłosława.

W pokoju zapadła martwa cisza.

— Kłamiesz! — krzyknęła Warsenika. — Wszystko to specjalnie ukartowałaś!

— Mam zaświadczenia… — Miłosława sięgnęła do torebki.

— WYNOŚ SIĘ! — wrzasnęła na nią Zinaida Stiepanowna. — I nie waż się zbliżać do mojego syna!

— Ale on obiecał, że się ze mną ożeni!

— On ma żonę! — ryknął Ratibor.

— Już nie, — wtrącił Światogor. — Rozwód jest sfinalizowany.

Helena podeszła do Miłosławy.

— Dziewczyno, lepiej, żebyś wyszła. I zastanowiła się, czy warto wiązać życie z człowiekiem, który zdradza każdego, kogo spotka.

— On mnie kocha!

— On kocha TYLKO SIEBIE. Zapytaj go, dlaczego naprawdę zamknięto firmę.

Miłosława spojrzała na Anatolija z niepokojem.

— Tolik?

— To tylko przejściowe trudności — wymamrotał.

— Przejściowe? — Helena wyjęła z torebki tablet. — Oto raport z kontroli skarbowej. Zaległości — piętnaście milionów rubli. Firma była zarejestrowana na mnie, ale wszystkimi operacjami zajmował się Anatolij. Używał fałszywych dokumentów, wyprowadzał pieniądze przez podstawione spółki.

— To nieprawda! — krzyknął Anatolij.

— Prawda. I skarbówka już wszczęła śledztwo. KARNE, swoją drogą.

Ratibor chwycił Anatolija za ramię.

— Coś ty narobił, idioto?! Zainwestowałem w twoją firmę wszystkie nasze oszczędności!

— Puść mnie!

— Jakie oszczędności? — zdziwiła się Warsenika. — Ratibor, o czym ty mówisz?

— Ja… zainwestowałem w biznes twojego brata. Obiecał podwoić środki w pół roku.

— Ile? — lodowatym tonem zapytała Warsenika.

— Dwa miliony.

— DWA MILIONY?! To przecież pieniądze na mieszkanie dla dzieci!

— Obiecał trzy procent miesięcznie!

— Klasyczna piramida finansowa, — skomentował Światogor. — Pani Heleno Wiktorowno, powinna pani wiedzieć, że pański mąż… przepraszam, były mąż, pozyskiwał środki prywatnych inwestorów, obiecując im nierealne zyski.

— Ilu osób to dotyczy? — zapytała Helena.

— Z naszych danych wynika, że około trzydziestu. Łączna suma — około pięćdziesięciu milionów.

Miłosława cofnęła się w stronę drzwi.

— Ja… muszę już iść…

— Dokąd?! — Anatolij rzucił się za nią. — Mila, zaczekaj!

— NIE! Okłamałeś mnie! Mówiłeś, że masz dochodowy biznes, że kupisz mi mieszkanie!

— Kupię! Tylko daj mi czas!

— Za jakie pieniądze? — spytała jadowicie Warsenika. — Skoro nawet mojego męża oszukałeś?

— Nikogo nie oszukałem! To tylko chwilowe problemy z płynnością!

W drzwiach pojawił się kolejny mężczyzna — około pięćdziesięcioletni.

— Anatolij Pietrowicz? — zwrócił się do niego.

— Tak… a pan to kto?

— Mścisław Arkadiewicz Wołkoński. Reprezentuję grupę inwestorów pańskiej firmy. Składamy pozew zbiorowy.

— Za co?!

— Za oszustwo na wielką skalę. Mamy wszystkie podpisane przez pana dokumenty. Obietnice gwarantowanych zysków, których nie pokrywały żadne realne aktywa.

Zinaida Stiepanowna chwyciła się za serce.

— Tolik… co się dzieje?

— Mamo, to jakieś nieporozumienie!

— Obawiam się, że nie, — wtrącił się Światogor. — Panie Wołkoński, pańscy klienci mają wszelkie podstawy do złożenia pozwu.

— Oczywiście. I zamierzamy uzyskać nie tylko zwrot środków, ale i odszkodowanie za straty moralne.

— Ale on nie ma pieniędzy! — zawołała Miłosława. — Mówił, że wszystko zainwestował w nowe projekty!

— W jakie projekty? — zainteresował się Mścisław Arkadiewicz. — Z tego, co wiemy, firma od pół roku nie prowadziła żadnej realnej działalności. Tylko pozyskiwała nowych inwestorów, żeby wypłacać odsetki starym.

— To pomówienia! — wrzasnął Anatolij. — Domagam się adwokata!

— Domagaj się, — kiwnął głową Wołkoński. — Przyda ci się. Komitet Śledczy już się twoją działalnością zainteresował.

Warsenika chwyciła brata za ramiona.

— Oddaj pieniądze mojego męża! NATYCHMIAST!

— Nie mam ich!

— Jak to nie?! Gdzie je podziałeś?!

— Ja… zainwestowałem…

— W co?!

Anatolij milczał.

— W kryptowalutę, — cicho powiedziała Helena. — Widziałam historię transakcji. Kupił jakieś tokeny nowej kryptowaluty, która obiecywała tysiąc procent zysku. Projekt okazał się oszustwem. Twórcy zniknęli z pieniędzmi.

— CO?! — Ratibor chwycił Anatolija za kołnierz. — Przepuściłeś pieniądze moich dzieci na jakąś kryptowalutę?!

— Puść mnie! To miało się udać!

— Miało?! — Warsenika rozpłakała się. — Odkładaliśmy te pieniądze dziesięć lat!

Zinaida Stiepanowna osunęła się na kanapę.

— Tolik… jak mogłeś… Ludzie ci ufali…

— Wszystko się ułoży, mamo! Znajdę wyjście!

— Jakie wyjście? — pokręcił głową Mścisław Arkadiewicz. — Młody człowieku, grozi panu do dziesięciu lat więzienia. I to przy dobrych wiatrach.

— Heleno! — Anatolij rzucił się do byłej żony. — Pomóż mi! Wiesz przecież, że nie chciałem nikogo oszukać!

— NIE CHCIAŁEŚ? — cofnęła się przed nim. — Okłamałeś WSZYSTKICH. Mnie, inwestorów, nawet własną kochankę.

— Naprawię to! Daj mi szansę!

— Szansę? Po tym, jak latami mnie okłamywałeś? Zdradzałeś? Wykorzystywałeś pieniądze mojego ojca do swoich przekrętów?

— To był biznes!

— NIE, to było oszustwo. I teraz poniesiesz za to konsekwencje.

Światogor podszedł do Heleny.

— Heleno Wiktorowno, powinniśmy już wyjść. Ci ludzie są wyraźnie wzburzeni.

— Wychodzimy, — skinęła głową. — Anatolij, masz dwie godziny, żeby spakować rzeczy. Potem zamki zostaną wymienione.

— Nie możesz tego zrobić!

— Mogę i zrobię. Światogor, proszę dopilnować, żeby nie wyniósł nic oprócz rzeczy osobistych.

— Oczywiście.

Helena ruszyła do wyjścia. W drzwiach odwróciła się.

— A tak przy okazji, Miłosławo. To dziecko, które nosisz… Mam nadzieję, że rozumiesz — alimentów się nie doczekasz. Twój Tolik wkrótce nie będzie miał ani grosza. I nie będzie miał gdzie mieszkać.

— Ale… ale on mówił…

— Mówił dużo. Wszystkim. I zobacz, jak to się skończyło.

Helena wyszła z mieszkania. Za nią podążył Światogor.

W salonie zostali Anatolij, jego rodzina, Miłosława i przedstawiciel oszukanych inwestorów.

— A więc co z pieniędzmi? — Ratibor nie puszczał szwagra.

— Przecież mówię — nie mam ich!

— To sprzedaj, co masz! Samochód, na przykład!

— Samochód jest w leasingu. Raty spóźnione o trzy miesiące.

— Zegarek! Masz szwajcarski zegarek za milion!

— Podróbka, — przyznał z rezygnacją Anatolij. — Kupiłem kopię za trzydzieści tysięcy.

— Ty…

Ratibor zamachnął się, ale Warsenika go powstrzymała.

— NIE RÓB TEGO! Nie warto, żebyś poszedł siedzieć przez niego!

Mścisław Arkadiewicz wyciągnął telefon.

— Halo, Wsiewołodzie Ignatjewiczu? Tak, jestem u niego. Nie, pieniędzy nie ma i nie przewiduje się. Tak, składajcie wniosek. Uruchomcie też procedurę upadłościową.

— Upadłościową?! — zapiszczał Anatolij.

— A co pan myślał? Długi same nie znikną. A propos, ma pan jeszcze kredyty?

— Kilka… konsumenckich…

— Suma?

— Około pięciu milionów.

— Tolik! — zaszlochała Zinaida Stiepanowna. — Po co wziąłeś tyle kredytów?

— Trzeba było podtrzymywać wizerunek odnoszącego sukcesy biznesmena…

— Wizerunek?! — wybuchła Warsenika. — Zrujnowałeś wszystkich dla wizerunku?!

Miłosława cicho pociągała nosem w kącie.

— Nie wiedziałam… Mówił, że jest bogaty… Pokazywał zdjęcia jachtu…

— Jacht był wynajęty na jeden dzień do sesji zdjęciowej, — zauważył sucho Mścisław Arkadiewicz. — Sprawdziliśmy.

— Skąd się dowiedzieliście?

— Mamy dobrych prawników i detektywów. Gdy w grę wchodzi pięćdziesiąt milionów, ludzie są gotowi płacić za dochodzenie.

Zinaida Stiepanowna wstała z kanapy.

— Tolik, gdzie będziesz mieszkał?

— Ja… nie wiem…

— Do nas nawet się nie waż przychodzić! — ucięła Warsenika. — Po tym, co nam zrobiłeś!

— Przecież jestem twoim bratem!

— Byłeś. Teraz jesteś dla mnie NIKIM.

Warsenika wzięła męża pod ramię.

— Chodź, Ratibor. Nie mamy tu już czego szukać.

Wyszli. Za nimi, chwiejnym krokiem, poszła Zinaida Stiepanowna. Na progu odwróciła się.

— Nie poznaję cię, Tolik. Stałeś się POTWOREM.

— Mamo!

Ale już odeszła.

Miłosława podeszła do Anatolija.

— Co ja teraz mam zrobić? Przecież będę miała dziecko!

— Coś wymyślę…

— CO wymyślisz?! Nie masz nic! Oszukałeś wszystkich!

Spoliczkowała go i wybiegła z mieszkania, głośno szlochając.

Mścisław Arkadiewicz poprawił krawat.

— Cóż, Anatoliju Pietrowiczu, zobaczymy się w sądzie. I radzę znaleźć dobrego adwokata. Bardzo dobrego. Choć wątpię, by to pomogło.

On też wyszedł.

Anatolij został sam w mieszkaniu, które już do niego nie należało. Opadł na kanapę i objął głowę rękami.

Jak to wszystko mogło się tak potoczyć? Jeszcze wczoraj był odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą z piękną żoną, kochanką, drogim samochodem… A dziś nie zostało mu nic.

Zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się „Bank”.

— Halo…

— Anatoliju Pietrowiczu? Tu dział bezpieczeństwa banku. Mamy postanowienie sądu o zablokowaniu wszystkich pańskich rachunków w związku z podejrzeniem oszustwa. Pańskie karty zostały unieważnione.

— Ale… jak ja…

— Proszę skontaktować się ze swoim adwokatem. Do widzenia.

Sygnał rozłączenia.

Anatolij spojrzał na swój telefon. Drogi, najnowszy smartfon. Kupiony oczywiście na raty. Których teraz nie będzie w stanie spłacać.

Minęła godzina. Anatolij mechanicznie pakował rzeczy do sportowej torby. Ubrania, dokumenty, ładowarka do telefonu… Całe jego życie mieściło się teraz w jednej torbie.

Ktoś zapukał do drzwi.

— Anatoliju Pietrowiczu, czas minął, — rozległ się głos Światogora. — Proszę opuścić lokal.

Anatolij wziął torbę i wyszedł z mieszkania. W korytarzu stali Światogor i ślusarz.

— Klucze, proszę.

Anatolij bez słowa podał pęk kluczy.

— I od samochodu też. Jest zarejestrowany na Helenę Wiktorownę.

— Ale jak ja…

— To nie nasz problem. Samochód zostanie przekazany firmie leasingowej na poczet spłaty długu.

Anatolij oddał kluczyki do auta.

— Dokąd mam iść?

— To pańska prywatna sprawa. Mogę tylko doradzić, by znaleźć adwokata. Jutro o dziesiątej rano czekają na pana w Komitecie Śledczym.

Światogor skinął ślusarzowi, a ten zaczął wymieniać zamek.

Anatolij zszedł na podwórze. Zaczynał siąpić drobny jesienny deszcz. Wyjął telefon, by zamówić taksówkę, ale przypomniał sobie — karty są zablokowane. Gotówki nie miał — od dawna przywykł płacić kartą.

Wybrał numer starego znajomego, Germana.

— German? Tu Tolik. Słuchaj, jest taka sytuacja…

— Tolik? Jeszcze śmiesz do mnie dzwonić po tym, jak wrobiłeś mnie na półtora miliona?!

— German, wszystko wyjaśnię…

— Wyjaśniaj w sądzie! I więcej do mnie nie dzwoń!

Sygnał rozłączenia.

Anatolij wybrał kolejny numer. Potem następny. I jeszcze następny. Wszyscy odkładali słuchawkę, gdy tylko słyszeli jego nazwisko.

Stał pośrodku podwórza z torbą w ręku. Człowiek, który jeszcze rano uważał się za pana życia, teraz nie wiedział, gdzie spędzi noc.

Zadzwonił telefon. Nieznany numer.

— Halo?

— Anatoliju Pietrowiczu? Tu Kapiton Fiodorowicz Groźny, śledczy do spraw szczególnej wagi. Jest pan oskarżony o oszustwo na wielką skalę. Zdecydowanie zalecam stawić się jutro o dziesiątej rano. W przeciwnym razie zostanie pan poszukiwany listem gończym.

— Przyjdę…

— I jeszcze jedno, Anatoliju Pietrowiczu. Proszę nie próbować opuszczać miasta.

Anatolij opuścił telefon.

Deszcz się nasilił. Podniósł kołnierz kurtki i powlókł się z dala od domu, w którym przeżył osiem lat. Domu, który nigdy nie był jego.

Telefon zawibrował w kieszeni. SMS z banku: „Szanowny kliencie, przypominamy o konieczności spłaty zaległego zadłużenia w wysokości 5 247 358 rubli. W przypadku braku spłaty w ciągu 3 dni zostanie zainicjowana procedura przymusowej egzekucji.”

Zaraz potem przyszła kolejna wiadomość, z nieznanego numeru: „Tolik, tu Miłosława. Usunęłam ciążę. Nie szukaj mnie.”

Anatolij zatrzymał się na środku ulicy. Deszcz spływał po twarzy, mieszając się ze łzami, których nie zauważał.

A w ciepłym mieszkaniu Helena siedziała przy kominku z kieliszkiem czerwonego wina. Obok leżały dokumenty nowej firmy — agencji eventowej, którą zamierzała otworzyć. Własnego interesu, uczciwego i przejrzystego.

— Heleno Wiktorowno, — rozległ się z przedpokoju głos Światogora, — zamki wymienione. Były małżonek opuścił lokal.

— Dziękuję, Światogorze. Napije się pan herbaty?

— Z przyjemnością.

Prawnik wszedł do salonu i usiadł w fotelu naprzeciwko.

— Ciężki dzień, — zauważył.

— Ciężki, ale konieczny. Wie pan, znosiłam to trzy lata. Myślałam, że się zmieni. Że przestanie kłamać, manipulować, zdradzać… Ale kiedy dowiedziałam się o tej piramidzie finansowej, zrozumiałam — dość.

Pół roku później Anatolij siedział przy zniszczonym biurku w maleńkim biurze firmy mikrofinansowej, obdwaniając dłużników z tytułu drobnych pożyczek za dwadzieścia tysięcy miesięcznie. Śledztwo się ciągnęło, adwokat domagał się pieniędzy, których nie było, a wieczorami wracał do wynajmowanego pokoiku. Helena zaś, spotkawszy go przypadkiem na ulicy, spojrzała przez niego obojętnie, jak na puste miejsce — i w tym spojrzeniu było coś straszniejszego niż jakiekolwiek przekleństwo.