— Synku, dziś przyjedzie ciotka z rodziną, więc o morzu nawet nie myślcie! — oznajmiła matka.

— Synku, dziś przyjedzie ciotka z rodziną, więc o morzu nawet nie myślcie! — oznajmiła matka.

— Cholera, przecież mówiłam ci wcześniej! — Tonya wrzucała do walizki letnie sukienki tak, jakby mściła się na nich za wszystkie krzywdy świata. — Mówiłam, że trzeba rezerwować z wyprzedzeniem! A ty: „Zdążymy, Tonka, nie spinaj się!”

Siemion milczał, paląc na balkonie i patrząc na szare blokowisko za oknem. Urlop planowali przez pół roku. Krym, morze, cisza… A teraz — zamiast morza ta bezczelna rodzina!

— Synku, dziś przyjedzie ciotka z rodziną, więc o morzu nawet nie myślcie! — powtórzyła matka od progu, nawet porządnie się nie przywitała.

Galina Stiepanowna pojawiła się w ich mieszkaniu jak zawsze — nagle i kategorycznie. W rękach siatki, na twarzy wyraz, który Tonya w myślach nazywała „już wszystko za was ustaliłam”.

— Mamo, co ty wyprawiasz? — Siemion zgasił papierosa o balustradę. — Przecież mamy kupione bilety, hotel zarezerwowany…

— A co niby wyprawiam? Ciotka Nadia jedzie z wnukami, nie mają gdzie się zatrzymać. Rodzona krew w końcu! A morze… — machnęła ręką. — Morze nie ucieknie.

Tonya poczuła, jak w środku coś skręca się w twardy węzeł. Jedenaście miesięcy odkładała pieniądze z każdej wypłaty. Liczyła grosze, odmawiała sobie nowych butów, wyjść z koleżankami do kawiarni. Wszystko po to, by mieć te dwa tygodnie nad morzem.

— Galino Stiepanowno — głos Tonyi był zbyt równy, co zawsze zwiastowało kłopoty — czy pani ich uprzedziła, że jutro wyjeżdżamy?

— Ależ dziewczynko! Jakie morze, gdy rodzina się schodzi! — teściowa już rozkładała na kuchennym stole zakupy. — Trzeba przyjąć krewnych jak należy.

— Jak należy? — Tonya wyszła z sypialni, ściskając w dłoniach niedopakowany strój kąpielowy. — A jak należy zapytać gospodarzy, zanim się komuś każe u nich zamieszkać?

Galina Stiepanowna wyprostowała się, a w jej oczach zabłysnęło coś niebezpiecznego:

— Zapomniałaś, czyje to mieszkanie? I czyj to syn?

— Mamo, dość! — Siemion wszedł z balkonu, ale w jego głosie brakowało tej stanowczości, na którą liczyła Tonya.

A potem wszystko potoczyło się jak w złym śnie. Przyjechała ciotka Nadia — krępa, głośna kobieta około pięćdziesiątki — z dwojgiem dorosłych dzieci i trojgiem wnuków. Mieszkanie natychmiast zamieniło się w przelotowy korytarz.

— Toneczko, kochana! — ciotka Nadia uściskała ją tak mocno, że trzask kręgów było słychać w sąsiednim pokoju. — Jak dobrze, że nigdzie nie pojechaliście! Bo byśmy się nie zobaczyli!

Dzieci biegały po korytarzu z wrzaskiem, dorośli głośno debatowali o polityce w kuchni, a Tonya stała pośrodku swojej sypialni i patrzyła na walizkę z rzeczami przygotowanymi na wakacje.

— Tonka, no nie dąsaj się — Siemion próbował ją objąć, ale się odsunęła. — No co tam, tydzień przeczekamy…

— Tydzień? — odwróciła się do niego, a on po raz pierwszy od dawna zobaczył w jej oczach coś zimnego. — A skąd wiesz, że tydzień?

Nie wiedział. Nikt nie wiedział.

Ciotka Nadia z rodziną zadomowiła się u nich na dobre. Lodówka pustoszała w tempie huraganu, telewizor nie milknął ani na minutę, a w łazience ktoś stale pluskał się w wannie.

Trzeciego dnia przy kolacji ciotka Nadia nagle powiedziała:

— A wiecie co, kochani? To może pojedziemy wszyscy razem nad morze! Ale będzie towarzystwo!

Tonya zakrztusiła się barszczem.

— Jak to — wszyscy razem? — zapytała, gdy odkaszlała.

— No przecież mieliście jechać, bilety macie… A my z wami! Dzieciom morze takie potrzebne!

— Nadio — Galina Stiepanowna skinęła głową — dobrze mówisz. Rodzina powinna trzymać się razem.

Siemion siedział w milczeniu i żuł chleb. Tonya patrzyła na niego i rozumiała — on już się poddał. Jak zawsze, gdy chodziło o jego matkę i krewnych.

— A pieniądze na drogę? Na noclegi? — zapytała cicho Tonya.

— Oj, Toneczko — ciotka Nadia machnęła ręką — przecież jesteśmy rodziną! Co tam takie grosze… Siemionek pomoże, on przecież mężczyzna!

I pojechali. Wszyscy. Dziewięć osób w dwóch pokojach, które Tonya zarezerwowała na romantyczny wyjazd we dwoje.

Pierwszy dzień nad morzem zamienił się w koszmar. Dzieci darły się, domagając co pół godziny lodów. Ciotka Nadia z córką głośno komentowały życie prywatne innych turystów. A gdy przyszła pora obiadu…

— Siemionku — ciotka Nadia położyła mu rękę na ramieniu — no ugoszczysz nas w tej miłej knajpce?

Siemion spojrzał na ceny w menu, potem na Tonyę. Siedziała odwrócona w stronę morza, jej ramiona były napięte jak struna.

— Oczywiście, ciociu Nadio — powiedział.

A wieczorem, gdy rachunek za kolację dla dziewięciu osób okazał się wyższy niż ich miesięczna pensja, w Siemionie coś w końcu pękło.

— Dość! — wstał gwałtownie od stołu, aż krzesła zaskrzypiały po płytkach. — Dość tego!

Ciotka Nadia zamarła z kieliszkiem wina w połowie drogi do ust. Dzieci ucichły. Nawet morze za oknem restauracji jakby przycichło.

— Siemionku, co z tobą? — ciotka Nadia zrobiła zaskoczoną minę. — Przecież tak miło spędzamy czas…

— Miło? — głos Siemiona był cichy, ale Tonya wiedziała — to najgorszy ton. — Ciociu Nadio, powiedz mi, ile pieniędzy wydaliście przez te trzy dni?

— No co ty, kochanie… — zaśmiała się nerwowo. — My przecież w gościach…

— W gościach? — Siemion wyjął z kieszeni notes, który zawsze nosił przy sobie, i zaczął czytać: — Śniadanie dla dziewięciu — cztery tysiące. Lody, napoje na plaży — półtora tysiąca. Obiad — pięć i pół. Kolacja — siedem tysięcy dwieście. I to tylko za dziś!

Twarz ciotki Nadii z różowej stała się biała, a potem czerwona.

— Siemion, przy dzieciach… — syknęła.

— Przy dzieciach! — trzasnął notesem o stół. — A wy przy dzieciach pokazujecie, jak można żyć na cudzy koszt! Jak bezczelnie wykorzystywać ludzi!

Najstarszy wnuk ciotki Nadii, około dwudziestki, który przez cały wieczór nie odrywał się od telefonu, nagle podniósł głowę:

— Stary, o co ci chodzi? Przecież jesteśmy rodziną…

— Rodziną? — Siemion obrócił się do niego. — A ty choć raz powiedziałeś „dziękuję”? Choć raz zaproponowałeś, że zapłacisz chociaż za siebie?

— Siemion! — to była już córka ciotki Nadii, kobieta około trzydziestki z gładko zaczesanymi włosami. — Ty chyba zwariowałeś! Mama do was z dobrego serca, a ty…

— Z dobrego serca? — Tonya nie wytrzymała. Wstała obok męża, a w jej głosie była taka furia, że kelnerka przy sąsiednim stoliku obejrzała się. — Przyjechaliście bez zaproszenia, zniszczyliście nam urlop, a teraz jeszcze żrecie na nasz koszt! I to ma być dobro?…

— Toneczka — ciotka Nadia spróbowała przyjąć ugodowy ton — przecież nie specjalnie… Po prostu pomyśleliśmy…

— Co pomyśleliście? — Tonya pochyliła się nad stołem. — Że Siemion to dojna krowa? Że mamy obowiązek was utrzymywać?

— Jak ty śmiesz! — ciotka Nadia zerwała się z miejsca. — Ja go na rękach nosiłam! Galina Stiepanowna się dowie, jak ty mówisz!

— Dowie się! — Siemion wyciągnął telefon. — Zadzwonię do niej teraz i opowiem, ile kosztuje wasze „rodzinne ciepło”!

Zaczął wybierać numer, ale ciotka Nadia chwyciła go za rękę:

— Nie trzeba! Siemionku, no co ty… Przecież my nie specjalnie…

— Nie specjalnie? — Tonya zaśmiała się gorzko. — To przypadkiem zamówiliście homary? Przypadkiem chcieliście najdroższe wino z karty?

Mała wnuczka ciotki Nadii nagle zapłakała. Potem drugi dzieciak dołączył do płaczu. Goście przy sąsiednich stolikach już otwarcie gapili się na ich awanturę.

— Koniec — Siemion położył kartę na stół. — To ostatni raz. Jutro jedziecie do domu. Na własny koszt.

— Zwariowałeś?! — wrzasnęła córka ciotki Nadii. — My mamy wykupiony pobyt na tydzień!

— Jaki pobyt? — Tonya syknęła jadowicie. — Przecież jesteście u nas „w gościach”!

— My chcieliśmy dzieciom leczenie nad morzem załatwić! — ciotka Nadia zagrała ostatnią kartę. — Lekarz powiedział — koniecznie morze!

— A lekarz powiedział, że mają się leczyć na mój koszt? — Siemion podpisywał rachunek, nawet na nią nie patrząc. — Ciekawe, co to za lekarz.

Kiedy wrócili do pokoju, rozpętał się prawdziwy rodzinny huragan. Ciotka Nadia szlochała do telefonu, skarżąc się Galinie Stiepanownie. Dzieci biegały po hotelowym korytarzu, głośno domagając się uwagi. Córka ciotki Nadii pisała wściekłe wiadomości w rodzinnym czacie.

A Tonya siedziała na balkonie, patrzyła na czarne morze i po raz pierwszy od dawna uśmiechała się naprawdę.

— Nie żałujesz? — spytał Siemion, siadając obok niej.

— Czego?

— Że urlop popsuty…

Tonya spojrzała na niego — na czterdziestoletniego mężczyznę, który wreszcie zdobył się na odwagę powiedzieć „nie” własnej rodzinie.

— Wiesz co — powiedziała cicho — mam wrażenie, że nasz urlop właśnie się zaczyna.

Rano ciotka Nadia z rodziną pakowała się w milczeniu i z obrażonymi minami. Galina Stiepanowna dzwoniła co pół godziny, żądając wyjaśnień. Ale Siemion po prostu wyłączył telefon.

— Dojadą do domu — wtedy pogadamy — mruknął, pomagając włożyć walizki do taksówki.

Pożegnanie było chłodne. Ciotka Nadia burczała coś o niewdzięczności, jej córka demonstracyjnie nie podała ręki, a wnuki zatrzaskiwały drzwi auta.

Kiedy taksówka zniknęła za zakrętem, Siemion i Tonya zostali przed wejściem do hotelu. Sami. Wreszcie sami.

— Tonia… — wziął ją za rękę. — Ja…

— Cicho — uciszyła go, dotykając jego ust palcem. — Po prostu chodźmy na plażę. Mamy jeszcze cztery dni.

Cztery dni, na które zasłużyli.

Ale na tym historia się nie skończyła. Bo Galina Stiepanowna szykowała już kontratak…

Telefon zadzwonił trzeciego dnia ich „nowych” wakacji. Siemion opalał się na plaży, Tonya czytała książkę pod parasolem — i po raz pierwszy od tygodnia czuli się jak ludzie, a nie obsługa.

— Pan Siemion Wiktorowicz? — oficjalny kobiecy głos brzmiał przez słuchawkę. — Tu administracja hotelu „Złoty Brzeg”. Mamy do pana pytanie…

— Słucham — Siemion zmarszczył brwi.

— Otóż dziś przyjechała grupa osób, które twierdzą, że opłacił im pan pobyt. Domagają się zakwaterowania w państwa pokojach…

Siemion poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach.

— Jaka grupa?

— Dziewięć osób. Na czele kobieta o imieniu Galina Stiepanowna. Mówi, że jest pańską matką…

— O nie… — Siemion zerwał się z leżaka. — Tonya! Szybko, zbieraj się!

— Co się stało? — Tonya odłożyła książkę.

— Moja matka przyjechała. Z ciotką Nadią. Z całą bandą!

Pognali do hotelu, ale było już za późno. W holu czekała ich scena jak z teatru absurdu.

Galina Stiepanowna, w najlepszym kostiumie i pełnym makijażu, wymachiwała paszportem przed przestraszoną recepcjonistką. Ciotka Nadia ryczała w fotelu, wycierając oczy chusteczką. Dzieci biegały między walizkami, a córka ciotki Nadii wściekle stukała w ekran telefonu.

— To skandal! — wrzeszczała Galina. — Jestem matką! Matką! A mnie nie wpuszczają do własnego syna!

— Mamo, co ty wyprawiasz? — Siemion podszedł do lady.

— Ach, synku! — rzuciła mu się na szyję. — W końcu! A ta dziewczyna mówi, że pokoje zajęte!

— Bo są. Przez nas — rzuciła sucho Tonya.

— Toneczka, kochana! — ciotka Nadia zerwała się z miejsca. — Przyjechaliśmy, żeby wam wybaczyć! Pogodzić się!

— Wybaczyć? — Siemion ledwie panował nad sobą. — Za co niby mamy być wybaczeni?

— No jak to — Galina pokiwała głową — przecież tak niemiło obeszliście się z rodziną…

— Babciu, a gdzie nasze pokoje? — jęknął najmłodszy wnuk. — Ja chcę nad morze!

— Już, już kochanie… — ciotka Nadia pogłaskała go po głowie. — Wujek Siemion nas już zaraz zakwateruje…

— Wujek Siemion nikogo nie zakwateruje! — wybuchł Siemion. — Wyście już całkiem poszaleli?!

W tym momencie do holu wszedł ochroniarz — wysoki, potężny mężczyzna z poważną miną.

— Przepraszam, zgłoszono mi zakłócanie porządku…

— Nie ma żadnego zakłócania! — zagadała szybko Galina. — Jesteśmy rodziną i chcemy odpocząć razem!

— A kto opłaci pobyt? — zapytał recepcjonista.

Wszyscy spojrzeli na Siemiona. Poczuł się jak zwierzę zapędzone w pułapkę.

— Nikt! — powiedział głośno. — Bo ja tych ludzi nie zapraszałem!

— Jak to nie zapraszałeś? — Galina zrobiła wielkie oczy. — Syn rodzonej matki nie zaprosił?

— Mamo, mamy miesiąc miodowy! — palnął Siemion. — Ponownie wzięliśmy ślub!

Tonya prawie się zakrztusiła. Ciotka Nadia westchnęła głośno. Dzieci spojrzały z zainteresowaniem.

— Jaki miesiąc miodowy? — zmrużyła oczy Galina. — Przecież jesteście małżeństwem od dziesięciu lat!

— Ponownie się pobraliśmy! — brnął dalej Siemion. — Z miłości! Chcieliśmy pobyć sami!

— Doprawdy! — administrator rozpromienił się. — Jak romantycznie! Gratuluję młodej parze!

— Dziękujemy — Tonya natychmiast podchwyciła grę. — Marzyliśmy o ciszy i spokoju…

Ciotka Nadia spojrzała na nich podejrzliwie, po czym nagle klasnęła w ręce:

— Nadka! A pamiętasz, jak my z twoim wujkiem Wasylem też drugi raz braliśmy ślub? Po tej bójce z sąsiadami…

— Oj, nie przypominaj! — machnęła ręką Galina Stiepanowna. — Pół roku wtedy ze sobą nie rozmawialiśmy…

— Mamo, daj spokój — córka ciotki Nadii pociągnęła ją za rękaw. — Chodźmy lepiej poszukać pokoi gdzie indziej…

Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Najstarszy wnuk ciotki Nadii — ten, który wiecznie siedział w telefonie — postanowił zaimponować recepcjonistce. Podszedł do lady, oparł się o nią i najgłębszym, „uwodzicielskim” głosem powiedział:

— Pięknotko, może znajdziesz dla nas jakieś miejsce? Odpłacę ci się… potem…

Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem pełnym pogardy:

— Proszę pana, proszę mi tu oczu nie mydlić. Wolnych pokoi nie ma.

— Daj spokój! — próbował jej puszczać oczko, ale wyszło komicznie. — Nie jestem jakimś frajerem… Mam kasę!

I tu postanowił to udowodnić. Wyciągnął z kieszeni zmięty tysiącrublowy banknot i niechlujnie rzucił go na ladę.

— Wystarczy?

Recepcjonistka spojrzała na pieniądz, potem na niego:

— Na co? Na loda?

— Jak to na loda? — chłopak osłupiał. — Przecież to tysiąc!

— Proszę pana — wyjaśniła cierpliwie — najtańszy pokój kosztuje pięć tysięcy za dobę. Od osoby.

Twarz wnuka zaczęła się wydłużać. Ciotka Nadia pobladła. Galina Stiepanowna zaczęła gorączkowo liczyć w myślach.

— Pięć tysięcy od osoby? — powtórzyła słabym głosem. — Czyli za nas wszystkich… dziewięć osób… dziennie…

— Czterdzieści pięć tysięcy za dobę — potwierdziła administrator. — Plus śniadanie — tysiąc od osoby. Razem pięćdziesiąt cztery tysiące dziennie.

Zapadła taka cisza, że było słychać, jak w pokoju obok ktoś włącza telewizor.

— A za tydzień… — wyszeptała córka ciotki Nadii, trzęsącymi się dłońmi wyciągając kalkulator.

— Trzysta siedemdziesiąt osiem tysięcy — szybko podliczyła recepcjonistka. — Plus podatki…

Ciotka Nadia zachwiała się i chwyciła oparcie fotela. Galina Stiepanowna opadła na walizkę.

— Może coś tańszego? — zapytała żałośnie córka ciotki Nadii. — Jakiś hostel?

— Najbliższy hostel jest dwieście kilometrów stąd — poinformowała dziewczyna. — Ale tam też wszystko zajęte. W końcu sezon.

Najmłodszy wnuk zaczął popłakiwać:

— Babciu, czemu nie możemy mieszkać u wujka Siemy?

— Bo wujek Siema ma miesiąc miodowy! — wrzasnęła na niego Galina Stiepanowna.

— A co to miesiąc miodowy? — spytał średni wnuk.

— To wtedy, kiedy dorośli chcą być sami! — wyjaśnił najstarszy, nadal w szoku po „cenach”.

Dzieci spojrzały po sobie — i zaczęły ryczeć chórem.

W holu zapanował chaos. Ciotka Nadia krążyła między walizkami, lamentując nad zmarnowanymi pieniędzmi na podróż. Jej córka wisiała na telefonie, rozpaczliwie szukając jakiegokolwiek lokum. Dzieci domagały się lodów i morza. A Galina Stiepanowna siedziała na walizce i ciężko dyszała.

— Mamo, może podać ci wody? — zaniepokoił się Siemion.

— Nie jestem twoją mamą! — warknęła w jego stronę. — Doprowadziłeś matkę do zawału!

— Galino Stiepanowno — Tonya przykucnęła obok niej — może jednak lepiej wrócić do domu? Odpoczniecie na działce, w spokoju…

— Jakiej działce? — zaszlochała ciotka Nadia. — Przecież sprzedaliśmy działkę, żeby tu przyjechać!

— Jak to sprzedaliście?! — Siemion aż przysiadł.

— A z czego niby mieliśmy jechać?! — uniosła się Galina Stiepanowna. — Myśleliśmy, że ty nas utrzymasz!

Tonya i Siemion wymienili spojrzenia. Absurd narastał.

Wtedy do lady podszedł elegancki mężczyzna w drogim garniturze:

— Przepraszam, co tu się dzieje? Mój pokój jest nad holem, a tam straszny hałas…

— Bardzo przepraszamy — zaniepokoiła się recepcjonistka. — Zaraz to uporządkujemy…

— A pan może chciałby wynająć pokój taniej? — odezwała się nagle córka ciotki Nadii. — Mamy taką sytuację…

Mężczyzna ogarnął spojrzeniem całą ich kompanię — rozczochraną Galinę Stiepanownę siedzącą na walizce, rozwrzeszczane dzieci, zapłakaną ciotkę Nadię — i w popłochu cofnął się:

— Nie, nie, dziękuję, wszystko mi odpowiada…

— A może przyjmie nas pan do siebie? — nie poddawała się ona. — Cichutko będziemy, tylko przenocować…

— Córeczko! — syknęła ciotka Nadia. — Co ty wygadujesz!

Ale było za późno. Ochroniarz już zbliżał się do nich z ponurą miną.

— Dość — powiedział Siemion stanowczo. — Koniec cyrku. Mamo, bierzcie taksówkę i jedźcie na dworzec. Ciociu Nadio, wy też.

— Ale… a na bilety? — jęknęła ciotka Nadia.

Siemion wyciągnął portfel, odliczył kilka banknotów:

— Na bilety wystarczy. Do widzenia.

— Siemo — Galina Stiepanowna podniosła się z walizki — ty wyrzucisz własną matkę?!

— Nie wyrzucam. Odprowadzam — powiedział spokojnie. — Z miłością, ale odprowadzam.

Po pół godzinie hol hotelowy opustoszał. Krewni odjechali na dworzec — niezadowoleni, ale pokonani przez ekonomiczną rzeczywistość.

A Siemion i Tonya wrócili na plażę.

— Wiesz — powiedziała Tonya, kładąc się na leżaku — teraz rozumiem, po co ktoś wymyślił płatne wakacje.

— W jakim sensie? — Siemion smarował się kremem z filtrem.

— To naturalna ochrona przed rodziną. Lepsza niż jakikolwiek płot.

Roześmiali się, a ich śmiech poniósł się nad morzem — lekki i wolny.

A w pociągu, który trzy godziny później wiózł nieproszonych gości do domu, ciotka Nadia skarżyła się współpasażerom:

— Wyobrażacie sobie, jacy teraz ludzie są! Rodziny nie wpuszczają! A my z takim sercem przyjechaliśmy…

Współpasażerowie kiwali ze współczuciem, nie wiedząc, że ta sama „kochająca” krewna dzień wcześniej wymagała od siostrzeńca, by opłacił jej wakacje za pół miliona rubli.

A Siemion i Tonya spędzili resztę urlopu dokładnie tak, jak marzyli — we dwoje, w ciszy i spokoju. A gdy wrócili do domu, pierwsze co zrobili, to wymienili zamki w drzwiach.

Na wszelki wypadek.