Szwagierka zabrała naszą wycieczkę do Turcji. Ale nie wiedziała, co ją czeka.

— Oddaj nam swoją wycieczkę, rodzinie bardziej potrzebna! — piszczała teściowa.
Marina prasowała sukienkę, żelazko syczało, plując parą, ale ona nawet nie zauważyła, że oparzyła palec.
W głowie miała tylko jedną myśl: „Za dwanaście godzin będę piła coś zimnego, patrząc na Morze Śródziemne. Żadnych raportów, żadnych kierowców z ich kartami drogowymi, żadnych bilansów”.
Czekała na ten urlop cały rok, odkładała z każdej pensji, odmawiała sobie nowego płaszcza, mężowi – nowej wędki. Kupili pięć gwiazdek w Kemerze, ultra all inclusive. Raj na ziemi za dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli.
Obok, na kanapie, leżała otwarta walizka: stroje kąpielowe, kremy do opalania, płetwy Igora – wszystko było gotowe.
Dzwonek do drzwi zabrzmiał jak syrena: natarczywy, długi, nieznośny.
Marina drgnęła, spojrzała na zegarek – dziewiąta wieczorem. Któż to może być?
Igor poszedł otworzyć.
Po minucie w korytarzu rozległ się głos, od którego Marinie cierpły zęby.
— Igorek! Nie zamknięte? A my do was! Sprawa jest, poważna.
Teściowa, Galina Pietrowna — zawodowa cierpiętnica i zasłużona manipulantka Federacji Rosyjskiej.
Marina wyłączyła żelazko, głęboko odetchnęła, naciągnęła na twarz służbowy uśmiech i wyszła do przedpokoju.
Teściowa już zdejmowała buty, stękając i opierając się na ramieniu syna.
— Oj, plecy… Oj, nogi… Marino, zaparz herbatki z cytryną i znajdź korwalol, coś mi serce wariuje.
Marina bez słowa poszła do kuchni.
Po pięciu minutach Galina Pietrowna siedziała przy stole, głośno siorbiąc herbatę z talerzyka (zawsze piła z talerzyka, „po kupiecku”, choć była zwykłą emerytką).
Igor siedział naprzeciwko, z pochyloną głową. Już wiedział, co zaraz będzie, czuł to swoim rdzeniem kręgowym, wytrenowanym przez matkę przez czterdzieści lat.
— Krótko mówiąc — Galina Pietrowna odstawiła talerzyk. — Sprawa jest taka: Lenoczce i Wice trzeba nad morze…
Marina zamarła z ściereczką w ręku.
— Galino Pietrowno, cieszymy się za Lenę, niech lecą, teraz jest mnóstwo lotów.
— Nie zrozumiałaś — teściowa spojrzała na synową ciężkim wzrokiem. — Oni nie mają pieniędzy, Lena wdowa, sierotka, zasiłki marne, a Wika ma adenoidy. Lekarz powiedział — tylko morskie powietrze, inaczej operacja.
— I? — zapytała Marina, czując, jak wszystko w niej zaczyna wrzeć.
— I wy powinniście pomóc, jesteście rodziną, macie wycieczki, jutro wylot.
— Mamy wycieczki — powiedziała powoli Marina. — Kupiliśmy je. Oszczędzaliśmy na nie.
— Jesteście zdrowymi łosiami! — Galina Pietrowna walnęła dłonią w stół. — Wam to morskie powietrze psu na budę, fanaberie! A dziecku chodzi o życie i śmierć! Na działce się przemęczycie, tam też jest powietrze. Rzeka śmierdzi, owszem, ale jakoś wam przejdzie.
— Mamo… — odezwał się Igor. — Jak to… Przecież się nastawiliśmy… Walizki spakowaliśmy…
— Nastawili się! — zapiszczała teściowa. — A o siostrzenicy pomyślałeś?! O siostrze?!
— Ty szmata! — wrzasnęła. — Nie tak cię wychowałam! Egoisto! Cały po tej swojej żonie! Skąpstwo, byle tylko żołądek napchać!
Złapała się za serce, jej twarz poczerwieniała.
— Oj… Oj, serce… Kłuje… Igor! Wody! Pogotowie! Powiem lekarzom, że syn doprowadził matkę do zawału!
Igor pobladł, zerwał się z miejsca, zaczął biegać po kuchni, szukając kropli.
— Mamo, nie trzeba! Mamo, uspokój się!
Spojrzał na Marinę; oczy miał jak zbity pies — przestraszone i żałosne.
— Marin… No widzisz, źle się jej robi… No oddajmy, co? Naprawdę, Wice bardziej potrzeba… A my… my potem.
Marina patrzyła na człowieka, z którym przeżyła piętnaście lat, i rozumiała: on się poddał.
Zdradził ją, ich marzenie — dla mamusinego przedstawienia.

— Oddajesz nasze wycieczki? — zapytała.
— No Marin! Nie zaczynaj! To przecież mama!
Galina Pietrowna uchyliła jedno oko, upewniła się, że syn „dojrzał”, i znów jęknęła, przewracając oczami.
— Dobrze — powiedziała Marina lodowatym głosem. — Zabierajcie.
— Dziecku trzeba nad morze, a wy się przemęczycie na działce! — oznajmiła teściowa, chwytając się za serce. Czekałam na obronę ze strony męża, ale on spojrzał na mnie błagalnie i zrozumiałam: nasz urlop jest odwołany.
Galina Pietrowna wyszła po dziesięciu minutach — cudownie uleczona z „zawału”.
— Jutro rano Lena podjedzie po dokumenty — rzuciła w progu. — Przepiszcie tam wszystko i dajcie im jeszcze pieniędzy na wycieczki. Tysiąc dolarów starczy, nie bądźcie skąpi.
Drzwi się zatrzasnęły.
Marina stała pośrodku korytarza.
Igor spróbował ją objąć.
— Marisz, no wybacz… No nie mogę, kiedy ona tak…
Marina odsunęła się.
— Nie dotykaj mnie.
Poszła do łazienki, odkręciła wodę na pełen strumień.
Usiadła na brzegu wanny i zapłakała.
Nie z żalu za wycieczką — z upokorzenia.
Wyobraziła sobie, jak jutro przyjedzie Lena. Ta „biedna wdowa”, która w rzeczywistości mieszka z facetem–Ormianinem handlującym na rynku, ale ukrywa to, żeby nie stracić zasiłków.
Przyjedzie z Wiką — trzynastoletnią dryblą, która już pali i wyzywa nauczycieli.
Zabiorą bilety, będą się śmiać: „frajerzy, znowu nas sponsorują”.
A Marina pojedzie na działkę, plewić grządki.
„Nienawidzę — myślała. — Nienawidzę ich wszystkich. I Igora, słabeusza, szmatę”.
Chciała spakować rzeczy i odejść, ale dokąd? Mieszkanie w kredycie, spłacać jeszcze pięć lat. Odejść — znaczy zostawić im wszystko.
Nie, odejść nie można.
Marina starła łzy, spojrzała w lustro.
Twarz spuchnięta, czerwona. Ale oczy… oczy były wściekłe.
— Dobrze — powiedziała swojemu odbiciu. — Chcecie Turcję? To będziecie ją mieli. Niezapomnianą.
— Nie płacz, kochanie, w przyszłym roku pojedziemy — pocieszał ją mąż. Nie wiedział, że płakała nie z żalu, lecz z wściekłości, a w jej głowie dojrzewał już plan „niezapomnianego” urlopu dla jego rodzinki.
Tej nocy Marina nie spała; leżała obok chrapiącego Igora i myślała.
W głowie powstał plan: podły, twardy, ludowy.
Rano, ledwo Igor wyszedł do pracy (uciekł wcześniej, żeby nie patrzeć jej w oczy), Marina zadzwoniła do Lusi.
Ludmiła pracowała w biurze podróży, przez które brali wycieczkę — przyjaciółka z dzieciństwa, swój człowiek.
— Lusia, cześć, tu Marina, mam sytuację awaryjną.
— Co, odwołali lot?
— Gorzej, teściowa wyrwała nam wycieczki.
— No co ty?! Oddałaś?
— Musiałam: zawał, pogotowie, Igor w panice… Dobra, Lusia, słuchaj uważnie. Zaraz przyjedzie Lena przepisać tur. Spraw tak, żeby uwierzyła, że wszystko jest gotowe, ale dokumenty daj jej… inne.
— Jak to?
— Anuluj nasz tur, pieniądze zwróć mi na kartę, tylko po cichu, a im zrób nowy. Najtańszy, jakiś „last minute”: „Fortuna 2 gwiazdki”.
— Marin, oszalałaś? Przecież to będzie melina.
— Nie obchodzi mnie to. Ważne, żeby było tanio, daleko od morza i bez wyżywienia.
— A w voucherze co wpisać?
— Napisz, że hotel „5 gwiazdek”, podrasuj w Photoshopie. Powiedz, że system się zawiesił, więc nazwa wyskoczyła inna — Lena uwierzy. I powiedz, że „all inclusive” też jest, niech lecą.
— Marin… To okrutne.
— Okrutne, Lusia, to wtedy, kiedy odbierają mi urlop. To jest sprawiedliwość. Zrób to, zapłacę za ich „melinę” ze swoich, nie martw się.
O dziesiątej rano przyjechała Lena.
Była już w kapeluszu, w okularach zasłaniających pół twarzy. Wika żuła gumę, wlepiona w telefon.
— No co, gotowe dokumenty? — zapytała Lena bez przywitania. — Taksówkę czekamy.
Marina bez słowa podała jej kopertę.
W środku leżały bilety i vouchery wydrukowane przez Lusię na kolorowej drukarce.
Nazwa hotelu: „Sun Beach Garden Hotel” brzmiała pięknie, w rzeczywistości była to noclegownia pięćdziesiąt kilometrów od Alanyi, w górach, dokąd wożono tylko najbardziej zdesperowanych turystów.

— A pieniądze? — zapytała Lena. — Mama mówiła, że dasz tysiąc dolarów.
Marina wyjęła z portfela pięć tysięcy rubli.
— Oto wszystko, co mam. Wystarczy wam na magnesy.
Lena skrzywiła się.
— Skąpstwo. Dobra, chodź Wika, taszcz walizki.
Wyszły.
Marina zamknęła drzwi i oparła się o futrynę.
Serce biło jej jak szalone.
„Boże, byleby poleciały, byleby nie sprawdziły”.
Ale wiedziała: nie sprawdzą. Lena nigdy niczego nie sprawdza. Przywykła, że wszyscy są jej coś winni i zawsze dostaje to, co najlepsze.
— Ty suko! Gdzie my przyleciałyśmy?! — wrzeszczała szwagierka z Turcji, podczas gdy mąż patrzył na mnie z przerażeniem. Spokojnie wzięłam telefon i odpowiedziałam jednym zdaniem, po którym on wybuchnął śmiechem.
Wieczór minął w ciszy.
Igor wrócił z pracy skruszony, z tortem.
— Marin… No jak ty? Uspokoiłaś się?
— Uspokoiłam się — Marina kroiła sałatkę. — Jedz, Igor.
— Oni odlecieli — oznajmił Igor, patrząc w telefon. — Mama dzwoniła, powiedziała, że wsiedli do samolotu, zadowolone.
— No to chwała Bogu.
— Marin, wybacz mi… W przyszłym roku… Słowo honoru…
— Jedz, Igor.
Telefon zadzwonił pięć godzin później.
Na ekranie: „Lena”.
Marina włączyła głośnik.
— HALOOO!!! — wrzask Leny był tak głośny, że kot śpiący na parapecie spadł na podłogę. — MARINA!!! TY SUKO!!! GDZIE MY PRZYJECHAŁYŚMY?!
Igor zakrztusił się herbatą.
— Lena, co ty? — wybąkał. — Co się stało?
— TU JEST OBORA!!! — wrzeszczała Lena. — Kury chodzą po terenie, nie ma basenu! Jest suchy, w środku śmieci! Pokój… tu są żelazne łóżka jak w szpitalu! Klimatyzacji nie ma, wody nie ma!
W tle ryczała Wika:
— Mamo! Ja chcę do domu! Tu śmierdzi!
— Nie karmią nas! — darła się dalej Lena. — Poszłam na recepcję i mówię: „Gdzie kolacja? Mamy ultra all!”. A ten Turek: „Jaki all? Macie «room only»! Tylko pokój!”. Pokazałam mu voucher, a on się śmieje! Mówi, że to lipa!
— Igorek! Zrób coś! Twoja żona wysłała nas do więzienia! Dzwoń do ambasady!
Igor siedział z otwartymi ustami, patrząc na Marinę.
Marina spokojnie wzięła telefon.
— Nikt was nie oszukał.
— Jak to?! — Lena aż się zacięła.
— Chciałyście wycieczkę? Za darmo? Dostałyście. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda.
— Ty… ty podmieniłaś hotel?!
— Zorganizowałam wam tur zgodnie z waszym statusem, jesteście przecież biednymi krewnymi, sierotkami. Dla was i „dwie gwiazdki” to luksus. A „pięć gwiazdek” trzeba zasłużyć albo kupić za własne.
— Ja cię zabiję! — wrzasnęła. — Wrócimy i wydrapię ci oczy!
— Nie wrócicie — uśmiechnęła się Marina. — Bilety powrotne są za dziesięć dni. Wcześniej nie odlecicie. Życzę miłego wypoczynku, opalajcie się. Mówią, że w górach powietrze czyste — adenoidy przejdą.
Nacisnęła „rozłącz” i wyłączyła telefon.
W kuchni zapadła cisza.
Igor patrzył na żonę tak, jakby po raz pierwszy ją zobaczył: z przerażeniem i… podziwem.
— Ty… ty zrobiłaś to specjalnie?
— Specjalnie, Igor.
— A pieniądze? Nasze dwieście pięćdziesiąt tysięcy?
— Wróciły na kartę, po odjęciu kary i kosztu ich „meliny”. Grosze, wyszło jakieś trzydzieści tysięcy, reszta cała. Jutro pojedziemy ci naprawić samochód albo kupimy mi futro.
Igor milczał minutę, trawił to wszystko.
Potem parsknął.
Potem zachichotał.
A na końcu wybuchł śmiechem. Nerwowym, histerycznym, ale szczerym.
— No ty jesteś wiedźma, Marin… No ty jesteś żmija…
— Żmija — zgodziła się Marina, nalewając sobie wina. — Ale nie wycieraczka i nie ofiara.
Dziesięć dni minęło wspaniale.
Marina i Igor nigdzie nie pojechali, zostali w domu.
Spali do południa, spacerowali po parku, chodzili do kina.

Telefony mieli wyłączone.
Wiedziała, że tam, w Turcji, rozgrywa się dramat. Lena i Wika, przyzwyczajone do wygód, jadły „Doshirak” (sklep był daleko, pieniędzy mało), chodziły pieszo nad morze (autobus jeździł raz dziennie), smażyły się na słońcu bez klimatyzacji.
Lena wróciła spalona na czarno i wściekła.
Wika — pogryziona przez komary tak, że nie było miejsca bez bąbli.
Galina Pietrowna odebrała je z lotniska (Marina i Igor nie pojechali) i od razu zrobiła awanturę, ale już bez Mariny.
Teściowa teraz z Mariną nie rozmawia. Opowiada wszystkim krewnym i znajomym, że synowa to „diabeł w spódnicy”.
Marinę to nie obchodzi.
Za to Igor jest teraz jak jedwab.
Zanim coś obieca mamie, patrzy na Marinę pytająco, z ostrożnością.
Boi się.
I dobrze robi.
A teraz wasza kolej.
Dziewczyny, przyznajcie, której z was chciało się wysłać ukochaną teściową albo bezczelną szwagierkę gdzieś daleko? Niekoniecznie do Turcji — może być i w pieszą erotyczną podróż. Która z was znosiła, gdy odbierano wam ostatnie rzeczy dla „biednych krewnych”, a która potrafiła pokazać zęby?
Piszcie w komentarzach, porozmawiamy! I koniecznie podeślijcie tę historię tej przyjaciółce, która wiecznie wszystkich ratuje kosztem siebie. Niech się nauczy wystawiać odpowiednie wycieczki.