Co ty wyprawiałaś?! — wybuchnął mąż, gdy poznał prawdę o „niespodziance” z mieszkaniem…

Co ty wyprawiałaś?! — wybuchnął mąż, gdy poznał prawdę o „niespodziance” z mieszkaniem…

— Lenoczko, no i co, już przepisałaś darowiznę na Pietię? Chodzi o spadek?

Lena znieruchomiała, podlewając kwiaty. Teściowa, Olga Igoriewna, nawet nie zdjęła płaszcza przesiąkniętego naftaliną i zapachem starego teatru. Stała w korytarzu ich maleńkiego dwupokojowego mieszkania, oglądając skromne wnętrze z miną kogoś, kto przyszedł nie w gości, lecz na kontrolę z sanepidu.

— Dzień dobry, Olgo Igoriewno. Jaką darowiznę? — Lena odstawiła konewkę. Ręce lekko jej drżały. Ciocia Wala, jej stryjeczna ciotka z Murmańska, zmarła zaledwie dziesięć dni temu.

— Jak to jaką? Zwykłą! — teściowa oburzona machnęła rękami, niemal upuszczając torebkę. — Na mieszkanie! Albo co ona ci tam zostawiła? Miliony? Kobiecie nie przystoi posiadać takich pieniędzy. Mąż jest głową. Pietia jest głową. A więc wszystkie aktywa powinny należeć do niego. Tak się należy.

Lena spojrzała na męża. Pietia, czterdziestopięcioletnia „głowa”, siedział w kuchni w rozciągniętych dresach i z apetytem dojadał wczorajszy barszcz, który Lena ugotowała po dwunastogodzinnej zmianie. Oderwał się od talerza, otarł usta grzbietem dłoni i kiwnął głową z pełnymi ustami.

— Mama ma rację, Lenusiu. Tak… solidniej. Jestem mężczyzną. To ja powinienem zarządzać finansami.

Lenie zaczęło drgać oko. Pracowała jako doradczyni sprzedaży. Dzięki swojej bystrości, charyzmie i niesamowitemu „węchowi” do ludzi i zapachów, sama utrzymywała na powierzchni elitarny dział w centrum handlowym. Oligarchowie i ich znudzone żony nazywali ją „Piękną Eleną” i radzili się jej. Jednym zdaniem potrafiła sprzedać flakon perfum za pięćdziesiąt tysięcy.

Pietia pracował w zakładzie drobiarskim. Był brygadzistą na rozbiorze. Szczerze się sobą zachwycał i domagał się tego samego od innych. Każdego wieczoru wracał do domu, roztaczając złożony „bukiet” zapachów piór kurzych i paszy, i żądał „pochwał” za to, że „karmi rodzinę”. Fakt, że jego pensja ledwie starczała na opłaty i własne papierosy, wolał ignorować.

— Pietia, to mój spadek — Lena starała się mówić spokojnie, tym samym tonem, od którego klienci miękli. — Ciocia Wala zostawiła go mnie. Osobiście.

— No i co z tego! — Olga Igoriewna wreszcie zdjęła z głowy niedorzeczny kapelusik. — Jesteś mężatką! A więc nie ma „twojego”. Jest „nasze”. A „nasze” to Pieti. Nie wolno, Lenoczko, żeby baba była bogatsza od męża. To niszczy rodzinę! Facet czuje się wtedy niepełnowartościowy.

„A dokąd tu jeszcze bardziej niepełnowartościowy” — pomyślała jadowicie Lena, ale na głos powiedziała:
— Olgo Igoriewno, nie teraz. Jeszcze nie doszłam do siebie.

— I nie trzeba dochodzić do siebie! — teściowa klapnęła na stołek, który żałośnie zaskrzypiał. — Trzeba kuć żelazo, póki gorące. My tu z Pietią naradziliśmy się… Zdecydowaliśmy, że to murmańskie mieszkanie trzeba sprzedać. A pieniądze zainwestować.

— Gdzie? — Lena już znała odpowiedź.

— W Pietię! — oznajmił dumnie sam Pietia. — Upatrzyłem sobie… jeepa. „Patriota”. Czarnego. Wyobrażasz sobie, jak będę nim wjeżdżał do zakładu? A nie jak frajer autobusem.

Lena zamknęła oczy. Spadek nie był tylko mieszkaniem. To była ogromna stalinowska kamienica w centrum Murmańska i solidne konto w banku. Ciocia Wala była wdową po kapitanie dalekomorskich rejsów. Łączna kwota sięgała około piętnastu milionów.

— Pietia, porozmawiamy o tym. Później — ucięła Lena.

— A co tu rozmawiać? — uniosła się Olga Igoriewna. — Chcesz iść przeciw rodzinie? Naczytałaś się swoich… internetów? Len, zrozum, to dla twojego dobra. Mężczyzna, który ma pieniądze, jest pewny siebie. Niesie wszystko do domu. A mężczyzna, którego żona jest bogatsza… on… — szukała słowa, — zacznie chodzić na boki! Z urazy!

To był cios poniżej pasa. Pietia już „chodził” — dwa lata temu. Z młodą pakowaczką z tego samego zakładu. Lena o mało nie złożyła wtedy pozwu o rozwód, ale Pietia leżał u jej stóp, przysięgał, że „diabeł go skusił” i że „tylko ty jesteś moją królową”. Olga Igoriewna też wtedy przyjechała. I obwiniła… Lenę. „Przestała o siebie dbać, to facet podupadł. Trzeba inspirować!”

Lena wtedy „zainspirowała” — wyrzuciła go z domu na dwa tygodnie. Mieszkał u mamy. I wrócił, bo mama, w przeciwieństwie do Leny, kazała mu po sobie zmywać naczynia i wynosić śmieci.

Teraz historia się powtarzała, tylko dekoracje były droższe.

— Mamo, nie naciskaj na nią — niespodziewanie „szlachetnie” powiedział Pietia. — Lena jest mądra. Rozumie, co to „budżet rodzinny”. (Podkreślił „rodzinny”). — Po prostu udzielisz mi pełnomocnictwa generalnego do zarządzania kontami. I tyle. Sam wszystko załatwię.

„No i jest” — pomyślała Lena.

— Zastanowię się — powiedziała chłodno.

— No, no. Myśl — Olga Igoriewna zacisnęła usta. — Tylko żeby nie wyszło jak u Werki z trzeciej klatki. Też wszystko dla siebie, dla siebie… A mąż nie wytrzymał wstydu i poszedł do młodszej. A młoda była sprytna — od razu wszystko przepisała na siebie!

Cyrk wyjechał dopiero po godzinie. Lena zmywała naczynia, zawzięcie szorując tłuste ślady po Pietinym talerzu. Do kuchni weszły dzieci. Lena młodsza, dziewiętnastoletnia studentka medycyny, i Siergiej, dwudziestoletni informatyk pracujący zdalnie. Mieszkali w tym samym „M2”, w jednym pokoju. Spadek po cioci Wali był szansą, by wreszcie się wyprowadzić.

— Mamo — Siergiej objął ją za ramiona. — Tylko nie waż się.

— Czego „nie waż się”?

— Oddać im pieniędzy — twardo powiedziała Lena młodsza. Była cała w matkę — równie ostra i charyzmatyczna. — Ta „głowa rodziny” już „zainwestowała” twoją premię w zeszłym roku. W „superopłacalny start-up” kolegi. W budkę z piwem. Która splajtowała po miesiącu.

— To co innego! — dobiegł z pokoju głos Pietii, który wyraźnie podsłuchiwał. — To był biznes! Męski! A tu — spadek!

— Właśnie! — krzyknęła w odpowiedzi córka. — To jest spadek mamy!

— Cicho, młodzieży! — Pietia wyszedł na korytarz, już naciągając kurtkę. — Idę na wieczorną zmianę. Lena, do mojego powrotu czekam na decyzję. Właściwą. Chyba nie chcesz zniszczyć rodziny?

Trzasnął drzwiami.

Lena usiadła na taborecie. „Zniszczyć rodzinę”. To zdanie słyszała przez ostatnie dwadzieścia lat. Nie wolno jej było dostać awansu — Pietia „czułby się urażony”. Nie wolno jej było jechać na urlop z przyjaciółkami — „prawdziwa żona odpoczywa tylko z mężem” (czyli na działce Olgi Igoriewny, kopiąc ziemniaki). Nie wolno jej było kupować drogich perfum — „po co, przecież siedzisz w domu, a ja do fabryki i ‘Szyprem’ się popsikam”.

Całe życie żyła pod ciężarem tego „tak się należy”. A teraz to „należy” domagało się oddania piętnastu milionów człowiekowi, który za szczyt męskiego osiągnięcia uważał zakup jeepa „Patriot”.

Zadzwoniła do Raisy. Do swojej kuzynki. Raja pracowała w MFC i była kobietą po rozwodzie — złośliwą, ironiczną i niewiarygodnie mądrą.

— Rajka, cześć. „Cyrk potrzebny?” — zapytała Lena zmęczonym głosem.

— Objazdowy? — prychnęła Raja po drugiej stronie. — Po głosie sądzę, że to szapito imienia Olgi Igoriewny?

Lena opowiedziała wszystko. Raja milczała, tylko ciężko oddychała do słuchawki.

— Lenka — odezwała się w końcu. — Mam dla ciebie historię. Pouczającą. Pracowała u nas w okienku Antonina. Taka cicha, myszka. A mąż — no, twój Pietia, tylko z innej strony. Też „głowa”. I dostała Tosia w spadku po babci domek pod Moskwą. Mały, ale własny.
Raja zrobiła pauzę, pewnie zapalając papierosa. — I ten jej „głowa” zaśpiewał tę samą piosenkę. „Nie wypada, trzeba na mnie, ja przecież facet, rozbuduję, zainwestuję”. Tosia… podpisała. Wiesz, co było po pół roku?

— Co? — zapytała Lena szeptem.

— Sprzedał ten dom. Kupił kawalerkę w Bibirewie i… zgadłaś — przepisał ją na swoją mamusię. A Tosię wyrzucił. Powiedział: „Nie jesteś mi równa, jesteś biedna”. Przyszła do mnie złożyć papiery rozwodowe, ręce jej się trzęsły, nie mogła nawet długopisu utrzymać. „Jak to tak — mówi — Rajeczko, on przecież… ‘głowa’?”

— A ty co? — zapytała Lena.

— A ja jej powiedziałam: Tosiu. Głowa to ten, kto do domu przynosi. A ten, kto z domu wynosi, nazywa się inaczej. Na literę „Z”. Złodziej.

Lena milczała.

— Len — powiedziała Raja już poważnie. — To są twoje pieniądze. To twoja szansa. Dla ciebie i dla dzieci. A Pietia… Jeśli jest facetem, przeżyje to, że żona ma pieniądze. A jeśli on… no, pracownik fermy drobiu… to po co ci taki „aktywo”? Wyrzuć go. Jest nielikwidny.

Lena odłożyła telefon. Podeszła do lustra. Patrzyła na nią czterdziestopięcioletnia, piękna, ale zmęczona kobieta. Powąchała nadgarstek. Jej ulubiony „Amouage”. Zapach kadzidła, róż i niezależności. Kupiła go z ostatniej premii, potajemnie przed Pietią.

Wieczorem Pietia wrócił wściekły. Zmiana musiała być ciężka. Czuć było od niego tak, jakby obejmował się z całym stadem brojlerów.

— No i co?! — warknął od progu. — Kiedy idziemy załatwiać pełnomocnictwo?

Lena siedziała w fotelu. Spokojna. Dzieci, czując napięcie, zamarły w swoim pokoju.

— Nigdy, Pietia — powiedziała cicho.

— Cooo?! — aż podskoczył. — Co ty wymyśliłaś, głupia?!

— Wymyśliłam, Pietia, kupić dzieciom po osobnym mieszkaniu, żeby żyły normalnie. A sobie — małą kawalerkę.

— A ja?! — ryknął. — A mnie?! A jeep?!

— A tobie, Pietia — Lena wstała. W jej głosie zadźwięczał ten sam metal, który tak kochali jej klienci. — Tobie — twoja część w tym mieszkaniu. Przy rozwodzie.

Pietia aż się zakrztusił. Zaczerwienił się.

— Rozwód? Ty… ty… Ach ty…! Przez pieniądze?!

— Nie, Pietia. Nie przez pieniądze. Przez jeepa „Patriot”.

Nie zrozumiał sarkazmu. Chwycił telefon.
— Mamo! Mamo, ona nas zdradza! Ona… ona chce się rozwieść!

To, co działo się przez następne pół godziny, przypominało kiepską inscenizację w prowincjonalnym teatrze młodego widza. Olga Igoriewna przyjechała po czterdziestu minutach (na szczęście mieszkała daleko). Wpadła do mieszkania jak furia.

— Bezwstydna! — krzyczała, ignorując dzieci, które wybiegły na hałas. — Chcesz obedrzeć mojego synka?! Zostawić go z niczym?!

— Olgo Igoriewno, zostawiam mu połowę dorobku wspólnego. Czyli połowę tego mieszkania — spokojnie odparła Lena. — A mój spadek…

— Jaki „twój”?! — Pietia już się pozbierał i przeszedł do ataku. — Dostałaś go w małżeństwie! Znaczy wspólny!

— Tato, otwórz Kodeks rodzinny — wtrącił Siergiej, stojąc już z laptopem. — Artykuł 36. Majątek otrzymany przez jednego z małżonków w trakcie małżeństwa w drodze darowizny lub dziedziczenia… stanowi jego własność osobistą. Mamy.

Olga Igoriewna spojrzała na wnuka jak na zdrajcę.
— Taki mądry się zrobił?! W matkę się wdał! Niedaleko jabłko od jabłoni…

— Dziękuję za komplement — uśmiechnęła się Lena.

— Lena! — Pietia sięgnął po ostatni argument. Żałosny. — Ja… ja przecież… ja cię kocham!

Lena roześmiała się. Cicho, niemal bezgłośnie.
— Pietia, miłość to nie jest „daj”. Miłość to jest „proszę”. A ty mi kiedyś coś „proszę” dałeś? Poza problemami z fermy drobiu?

To był nokaut. Pietia złapał się za serce. Olga Igoriewna natychmiast zaczęła krzątać się, szukając kropli nasercowych.

— Ty… ty go do grobu wpędzisz! — syczała, kapiąc krople do szklanki. — On jest… on jest taki wrażliwy!

— Wrażliwy — kiwnęła głową Lena. — Pietia. Składam pozew o rozwód. I o podział majątku. Tego mieszkania.

— Nie dam ci rozwodu! — zawył Pietia, natychmiast „uzdrowiony”.

— Dasz — wzruszyła ramionami Lena. — A gdzie się podziejesz. A teraz… — spojrzała na zegarek — jutro mam ciężki dzień. Muszę odpocząć. Olgo Igoriewno, nie będę odprowadzać — sądzę, że Pietia dziś nocuje u pani?

Olga Igoriewna znieruchomiała ze szklanką w ręku. Zrozumiała, że przedstawienie dobiegło końca. Kurtyna.
— Jeszcze… jeszcze pożałujesz — syknęła.
— Jeszcze zobaczymy, kto pożałuje — Pietia chwycił kurtkę. — Beze mnie jesteś zerem! Sprzedawczynią! Zgnijesz ze swoimi perfumami!

Wyszli, trzaskając drzwiami tak, że ze ściany posypał się tynk.

Lena młodsza wyszła z pokoju i przytuliła matkę.
— Mamo, jesteś niesamowita.
— Nie — Lena pokręciła głową, czując, jak napięcie z niej schodzi. — Po prostu jestem zmęczona. Zmęczona życiem „jak należy”.

Wzięła telefon i wybrała numer Raisy.
— Raju, plan „B”. Musimy przeprowadzić jedną… transakcję. Z mieszkaniem. I potrzebuję niespodzianki. Dużej niespodzianki. Dla mojego… jeszcze męża.

Po drugiej stronie Raja diabelsko się roześmiała.
— Uwielbiam niespodzianki, Lenka…

Minęły dwa miesiące. Dwa miesiące ogłuszającej, upajającej ciszy. Lena rozwiodła się z Pietią. Jak przypuszczała, gdy tylko sprawa stała się realna, Pietia spuścił z tonu. W sądzie pojawił się pognieciony, wściekły, pachnący wczorajszym alkoholem i kurzą beznadzieją. Olga Igoriewna podpierała ścianę na korytarzu, ciskając w Lenę piorunami, ale na salę jej nie wpuszczono.

Ich „dwójkę” — chruszczowkę, jedyny wspólnie dorobiony majątek — sąd nakazał podzielić. Mieszkanie było w takim stanie, że sprzedać je można było tylko z ogromnym rabatem. Lena bez mrugnięcia okiem zgodziła się wykupić Pieti udział. Oddała mu jego część, biorąc pieniądze ze spadku.

Pietia, ściskając w spoconej dłoni czek, był przekonany, że ją „ukarał”.

— No to siedź tu sobie! — krzyknął do niej po rozprawie. — A ja… ja zacznę nowe życie! Teraz jestem — łakomym kąskiem!

Lena tylko się uśmiechnęła.

Olga Igoriewna, odprowadzając syna, syczała Lenie w plecy:
— Jeszcze będziesz łokcie gryźć! On sobie taką znajdzie, że aż oniemiejesz! Nie to co ty, stara… perfumiarko!

Lena „oniemiałа” tego samego wieczoru. Otworzyła butelkę drogiego szampana (też ze spadku) i uczciła z dziećmi i Raisą swoje wyzwolenie.

A u Pieti „nowe życie” od razu jakoś się nie ułożyło. Wprowadził się do mamy. Olga Igoriewna, pozbawiona „wroga” w osobie Leny, przerzuciła cały swój teatralny zapał na syna.

— Pietiusiu, czemu porozrzucałeś skarpetki? Lenka zupełnie cię rozpuściła!
— Pietiusiu, chrapiesz jak słoń! To nieprzyzwoite!
— Pietiusiu, znowu pachniesz fabryką! Marsz do łazienki! I nie ocieraj się o mój dywan!

Pietia, przyzwyczajony, że Lena w milczeniu sprzątała, prała i zapewniała mu „zachwyt według grafiku”, znalazł się w piekle. Mama wymagała uwagi, troski i… pieniędzy. A półtora miliona, które dostał od Leny, topniało w zastraszającym tempie. Przecież był „łakomym kąskiem”. Kupił sobie nowy telefon, złoty łańcuch (podobny do rowerowego) i zaczął „inwestować” w te same młode pakowaczki.

Po półtora miesiąca pieniądze się skończyły. Jeep „Patriot” pozostał marzeniem. Pietia znów był zwykłym pracownikiem fermy drobiu, mieszkającym z mamą. I ogarnęła go tęsknota.

Nie, nie za Leną. Tęsknił za komfortem. Za tym, że ona w milczeniu rozwiązywała wszystkie problemy. Za jej barszczem. Za tym, że w domu zawsze było czysto i pachniało francuskimi perfumami, a nie fabryką i maminy̨ kroplami nasercowymi.

Tymczasem Lena działała. Murmańskie mieszkanie sprzedała szybko i z zyskiem. Dzieci zabezpieczyła od razu — kupiła Lenie młodszej i Siergiejowi po świetnej kawalerce w dobrym rejonie. Dla siebie wybrała przytulne „dwa pokoje z aneksem” w nowym, ale już zamieszkanym budynku.

Odeszła z perfumerii, wynajęła niewielki lokal i otworzyła własny butik perfumeryjny „Intonacja”. Starzy klienci przyszli za nią. Interesy ruszyły z kopyta.

Pozostawało jednak jedno, nierozwiązane zadanie. „Niespodzianka” dla Pieti.

— Raju, no i co, znalazłaś? — zapytała siostrę przez telefon, układając na półkach nowe flakony.

— Znalazłam, Lenka! — głos Raji był konspiracyjny. — Dokładnie jak chciałaś. Betonowy worek. Osiemnaście metrów kwadratowych. Ale — „studio”! I wiesz gdzie? W Nowym Kukujewie!

— Gdzie to?

— Lenka, tam, gdzie twój Pietia nawet jeepem „Patriot” jechałby dwie godziny. Gdyby miał jeepa. Nowe budownictwo. Odbiór za tydzień. Gołe ściany. Widok z okna — na taką samą nową inwestycję. Idealnie.

Lena roześmiała się.
— Bierzemy. Załatwiaj.

I oto nadszedł dzień „X”. Pietia, doprowadzony do rozpaczy maminy̨ drobiazgowością i brakiem pieniędzy, zdecydował się na „akt wielkoduszności”. Zadzwonił do Leny.

— Lenusiu… — zaczął żałośnie, jak zbity pies. — Cześć.

— Witaj, Pietia — odpowiedziała Lena spokojnie.

— Ja tu… no… wszystko zrozumiałem. Byłem głupi. Mama… ona nie ze złości. To wszystko… zazdrość. Że jesteś taka piękna.

Lena przewróciła oczami.
— Pietia, do czego zmierzasz?

— Ja… ja tęsknię. Za tobą, za dziećmi… Len, przecież my… jesteśmy rodziną. Może się zejdziemy? Co? Ja wszystko wybaczę!

Lena o mało nie zakrztusiła się kawą.
— Wybaczysz? Ty wybaczysz? Pietia, jesteś niezrównany.

— No… — zmieszał się. — Znaczy… zaczniemy od nowa! Ty i tak jesteś sama. I ja sam. A razem to siła!

„Zwłaszcza gdy ja mam pieniądze, a ty apetyt” — pomyślała Lena.

— Pietia, właśnie chciałam do ciebie zadzwonić. Chodzi o to, że wyprowadziłam się z naszego starego mieszkania. Sprzedałam je.

Po drugiej stronie zapadła panika.

— Jak… sprzedałaś? A… a ja? A… my?

— Pietia, nie martw się. Mówiłam, że myślę o przyszłości. Ja… kupiłam nam nowe mieszkanie. A właściwie… — zrobiła pauzę — kupiłam tobie mieszkanie. Jak obiecałam, miałam niespodziankę.

Pietia odetchnął. Nie usłyszał „tobie”. Usłyszał „kupiłam”. Poddała się! Wszystko zrozumiała!

— Lenka! Złoto moje! — krzyknął do słuchawki. — Wiedziałem! Wiedziałem, że beze mnie nie dasz rady! Gdzie? Gdzie jest nasze nowe mieszkanie? Już jadę!

— Zapisuj adres — podyktowała Lena. — Nowe Kukujewo, ulica Jasnej Przyszłości, dom 1, klatka 3…

Pietia puścił adres mimo uszu. Już pędził po mieszkaniu mamy, naciągając „galowe” dresy.

— Mamo! Mamo! Poddała się! Kupiła nam pałace! Mówiłem! Jestem facetem! Złamałem ją!

Olga Igoriewna, która przez ostatnie pięć minut podsłuchiwała pod drzwiami, też rozkwitła.

— Jadę z tobą! — oznajmiła. — Muszę zobaczyć, jak ta… perfumiarka… się ugięła! Muszę ocenić remont!

Po półtorej godziny byli na miejscu. „Jasna Przyszłość 1” okazała się dwudziestopiętrowym betonowym kolosem na skraju wykopu. Wokół wyła zamieć, pachniało budową i beznadzieją.

— To… to chyba coś nie tak — mruknął Pietia, sprawdzając adres.

— Może to… luksusowy kompleks? — z wahaniem zasugerowała Olga Igoriewna, otulając się starym teatralnym szalem.

Znaleźli właściwe mieszkanie na trzynastym piętrze. Drzwi były z taniej „tektury”, obite dermą. Nie były zamknięte.

Pietia pchnął je.

Weszli do środka. Do „pokoju”, jeśli w ogóle można było to tak nazwać. Osiemnaście metrów kwadratowych gołego betonu. Ze ściany sterczały przewody. W rogu, gdzie miał być łazienkowy kącik, samotnie bielił najtańszy sedes. Na środku stała polowa, rozkładana leżanka przykryta dziecięcym kocykiem w samochodziki oraz plastikowy stołek. Na stołku — butelka najtańszego „Sowieckiego” i dwa plastikowe kubeczki.

Na krzywej ścianie wisiała jedna kartka A4. Ręcznie napisano na niej: „Na nowe mieszkanie!”

— To… co to jest? — Pietia nie wierzył własnym oczom. — To… schowek? Lenka! Gdzie ty jesteś?! Co to za żarty?!

Drzwi za ich plecami się otworzyły. Weszła Lena. W eleganckim płaszczu, pachniała „Joy” Patou — zapachem sukcesu i drogich kwiatów. W rękach trzymała teczkę z dokumentami.

— Niespodzianka — uśmiechnęła się.

— Co… co to ma być?! — zapiszczała Olga Igoriewna.

— To, Olgo Igoriewno, jest mieszkanie. Studio.

— Dla kogo?! Dla służby?! — Pietia zaczynał rozumieć, że jego „triumf” pachnie cementem.

— Dla ciebie, Pietia — Lena położyła teczkę na leżance. — To jest twoje.

Pietia chwycił dokumenty. Umowa kupna–sprzedaży. Kupująca — Lena. Kolejny dokument — akt darowizny. Właściciel… Piotr… on.

— Jak… moje? A… a nasze?

— „Naszego” nie ma, Pietia — powiedziała spokojnie Lena. — Jest moje. I jest twoje. Przecież dostałeś swoją część z chruszczowki? Półtora miliona. Ty je… zainwestowałeś. Jak rozumiem.

— Zainwestowałem! — zawył. — Ale ty… ty powiedziałaś…

— A ja, Pietia, uznałam, że ty — jako „głowa rodziny” — nie możesz mieszkać z mamą. To… niesolidne. Więc ja, z moich spadkowych pieniędzy, do których tak aspirowałeś, kupiłam ci osobne lokum. Tak jak chciałeś. Jesteś właścicielem. Jesteś „łakomym kąskiem”. Możesz przywozić tu swoje pakowaczki.

I wtedy Pietia eksplodował.

— Co ty narobiłaś?! — ruszył na nią, czerwony, straszny. — Ty… ty… do budy mnie wpakowałaś?! A sobie pałace?! Ty… oszustko!

— Pietia, uważaj na słowa — Lena nie cofnęła się ani o krok. Jej charyzma działała teraz jak kamizelka kuloodporna. — Podarowałam ci to mieszkanie. Zgodnie z prawem nie musiałam ci dawać nic poza tym półtora miliona. Ale postanowiłam… wykonać szeroki gest. Przecież lubisz szerokie gesty?

— Ja… ja do sądu pójdę! — zadławiła się Olga Igoriewna. — Ona cię obedrze z ostatniego, synku! Ona…

— Proszę bardzo, Olgo Igoriewno. Z jakim pozwem? „Niech sąd zmusi moją byłą synową, żeby podarowała mojemu synowi penthouse, a nie studio”? Obawiam się, że w sądzie tego nie zrozumieją. Pracowała pani w teatrze, prawda? To proszę sobie wyobrazić. Finałowa scena. Pani i pani syn — we własnym mieszkaniu. Kurtyna.

Pietia patrzył raz na gołe ściany, raz na Lenę. Zrozumiał, że przegrał. Nie po prostu przegrał — został upokorzony. Elegancko, drogo i z zapachem francuskich perfum.

— Ja… ja… — nie mógł znaleźć słów. Chwycił butelkę „Sowieckiego”, próbując ją otworzyć, ale korek nie chciał puścić. W furii cisnął nią o ścianę. Butelka pękła, oblewając go lepką pianą.

— No właśnie — powiedziała Lena. — A to jest twoje „nowe mieszkanie”. Zarządzaj, Pietia. Panuj. Tego chciałeś, prawda? Jesteś „głową”? To masz swoje „państwo” na osiemnastu metrach.

Odwróciła się do Olgi Igoriewny.

— A pani, „reżyserko”, osobne podziękowania. Tak pani zależało, żeby Pietiusia był bogaty i niezależny. No to jest niezależny. Ode mnie. Całkowicie.

Lena wyszła i zamknęła drzwi. Od zewnątrz. Klucze zostawiła w zamku — po swojej stronie.

Zjeżdżając windą, po raz pierwszy od wielu lat śmiała się naprawdę. Nie złośliwie — z ulgą.

Pietia i Olga Igoriewna zostali w betonowym worku.

— Bałwan! — ryczała Olga Igoriewna, siadając na leżance, która natychmiast pod nią się załamała. — Idiota! Wszystko zaprzepaściłeś! Mówiłam ci — trzeba było przepisać na mnie! Ja bym… ja bym ją!..

— Mamo, zamilknij… — jęknął Pietia, ścierając z twarzy lepkie szampanowe krople. Kucnął przy ścianie. Pachniał fermą, cementem i totalną porażką.

…Minął rok. Butik Leny „Intonacja” kwitł. Dzieci były szczęśliwe w swoich mieszkaniach, ale w każdy weekend zbierały się u mamy. Raisa wyszła za porządnego wdowca i teraz pracowała w MFC „dla przyjemności”.

Pietia nadal mieszkał w swoim studio. Zrobił tam jakiś „remont” z resztek materiałów, które znalazł przy śmietniku. Wprowadziła się do niego jedna z tych pakowaczek. Często się kłócili — tak głośno, że słyszało to całe piętro. Olga Igoriewna do syna nie jeździła. Sąsiadom mówiła, że jej „Pietiusia wyjechał do Ameryki, w wielki biznes”. Ale sąsiedzi widywali Pietię co rano na przystanku autobusu na fermę drobiu.

Lena czasem przejeżdżała obok tego „Nowego Kukujewa”. Patrzyła na ponury betonowy dom i myślała…

Jak to jednak dziwnie bywa w życiu. Wystarczyło raz przestać robić „jak należy” i zacząć robić „jak trzeba”, a sprawiedliwość od razu znajduje właściwy adres. Nawet jeśli to — trzynaste piętro na ulicy Jasnej Przyszłości.