— Biegiem idź i umyj moją matkę! Trzeba się nią opiekować, a ty tylko gapisz się w telewizor! — burknął mąż.

— No co tam tak stoisz jak pomnik?! W ogóle mnie słyszysz?
Ksenia drgnęła. Głos Stepana uderzył ją w uszy, jakby ktoś trzasnął drzwiami w cichym pokoju. Oderwała wzrok od ekranu, gdzie kolejna bohaterka serialu płakała nad złamaną miłością, i zobaczyła męża — czerwonego, rozczochranego, z tą jego wieczną zmarszczką między brwiami.
— Biegiem idź i umyj moją matkę! Trzeba się nią opiekować, a ty tylko w telewizor się gapisz! — mruknął, ściągając ze wieszaka starą kurtkę.
Za oknem wirowała zima. Śnieg padał gęsto i uparcie, oblepiając szyby mokrymi płatami. Szybko robiło się ciemno, jak to w styczniu, a światło z okien sąsiednich domów wydawało się wyjątkowo żółte, niemal pomarańczowe — jakby gdzieś tam, za cudzymi ścianami, paliły się kominki i piekły ciasta.
Ksenia powoli wstała z kanapy. Nogi zdrętwiały — siedziała tak co najmniej czterdzieści minut. W pokoju pachniało smażoną cebulą i czymś jeszcze — jakby szpitalnie? Nie, po prostu starością. Tak pachniało od teściowej przez ostatnie miesiące.
— Dopiero co od niej wyszłam — powiedziała cicho. — Zmieniłam pościel, dałam leki…
— Aha, zmieniłaś — przedrzeźniał ją Stepan. — To czemu do mnie dzwoniła i narzekała, że nikt do niej nie zagląda? Czemu leży mokra?
— Stepan…
— Nie „Stepan” mi tu! Moja matka umiera, a ty masz to gdzieś! Tobie tylko te seriale w głowie!
Ksenia zacisnęła pięści. W środku podnosiło się coś gorącego, nieprzyjemnego — jakby w klatce piersiowej zaczynała wrzeć woda. Chciała krzyknąć, że już trzeci miesiąc nie śpi normalnie, że wstaje do staruszki w nocy, że codziennie pierze tę pościel, że zapomniała, kiedy ostatnio wyszła z domu tak po prostu, bez celu — nie do sklepu ani do apteki. Że jej własne życie gdzieś zniknęło, rozpuściło się w tych dniach, które stały się do siebie podobne jak bliźniaki.
Ale milczała.
Stepan już naciągał buty, szykując się do wyjścia — dokąd? Do garażu pewnie. Zawsze szedł do garażu, gdy się złościł. Tam miał swoje sprawy: jakieś śruby, nakrętki, wieczne naprawy samochodu, który i tak nie odpalał. Tam była jego wolność. Mała, przesiąknięta olejem i tytoniem, ale jego.
— No to idź — rzuciła Ksenia. — Leć do swojej matki.
Odwrócił się. Na jego twarzy pojawiło się coś nowego — nie gniew, nie. Raczej zdziwienie?
— Co powiedziałaś?
— To, co słyszałeś. Idź sam. Umyj ją sam, skoro ja wszystko robię źle. Jestem zmęczona.
Słowo „zmęczona” zabrzmiało jakoś dziwnie. Zbyt prosto jak na to, co w niej siedziało. Zmęczenie to wtedy, gdy długo stoi się na nogach albo taszczy torby ze sklepu. A to… to było tak, jakby ktoś powoli wypompowywał z niej powietrze, dzień po dniu, i teraz była prawie pusta.
Stepan stał w przedpokoju, a jego twarz robiła się coraz ciemniejsza.
— Zupełnie ci odbiło — powiedział. — Zupełnie. Myślisz, że masz prawo mi rozkazywać? W moim domu?
— W twoim domu? — Ksenia podeszła bliżej. — Stepan, mieszkam tu dwadzieścia trzy lata. Dwadzieścia trzy! Twoja matka nigdy mnie nie lubiła, dobrze o tym wiesz. Zawsze powtarzała, że do siebie nie pasujemy. Że mogłeś znaleźć lepszą.
— No i co z tego? Jest stara, chora…
— Taka była i w wieku trzydziestu lat, i czterdziestu. Zawsze. Po prostu tego nie widziałeś, bo jesteś jej synem.
Stepan zrobił krok do przodu, górując nad nią. Ksenia poczuła zapach jego wody kolońskiej — taniej, ostrej. Takiej samej jak dwadzieścia lat temu, kiedy dopiero co się pobrali.
— Nie waż się tak mówić o mojej matce.
— Albo co? — w jej głosie zabrzmiały złośliwe nuty. — Co zrobisz, Stepan? Uderzysz mnie? Wyrzucisz mnie?…
Jasne — tłumaczenie na język polski (kontynuacja):
Cisza. Za oknem wył wiatr, przeganiany śnieżnymi wirami między domami. Gdzieś na dole trzasnęły drzwi klatki schodowej, ktoś głośno się zaśmiał — głosy szybko rozpłynęły się w zimowej ciemności.
— Nie poznaję cię — powiedział cicho mąż. — Co się z tobą stało?
Ksenia uśmiechnęła się krzywo. Sucho, bez radości.
— Ze mną? A ty popatrz na siebie. Kiedy ostatni raz zapytałeś, co u mnie? Kiedy interesowało cię, co czuję? Choć raz przez te miesiące? Przychodzisz, jesz moją kolację, żądasz, żeby wszystko było gotowe i czyste, a potem idziesz do swojego garażu. Albo siadasz przed telewizorem, kiedy ja zajmuję się twoją matką.

— Pracuję! Zarabiam pieniądze!
— A ja tu, rozumiem, odpoczywam? Mam kurort, tak?
Stepan zacisnął szczęki. Jego ręka drgnęła — odruchowo, jakby chciał coś chwycić, uderzyć, ale się powstrzymał. Odwrócił się i poszedł korytarzem — prosto do pokoju matki.
Ksenia została w przedpokoju. Ręce jej drżały. Całe ciało jakby wypełniło się ołowiem — ciężkim, zimnym. Oparła się o ścianę i zamknęła oczy.
Ile można? Ile można znosić, uginać się, milczeć?
Przypomniała sobie ten dzień, kiedy pierwszy raz zobaczyła Stepana. Targ, jesienna breja, pomógł jej donieść ciężkie torby na przystanek. Uśmiechał się szeroko, po chłopięcemu. Oczy mu błyszczały — było w nich coś żywego, szczerego. „Nie dam cię skrzywdzić” — powiedział wtedy, całując ją w czoło przed pierwszym rozstaniem.
Gdzie jest ten człowiek? Dokąd zniknął?
Z pokoju dobiegł stłumiony głos Stepana — coś mówił do matki. Starucha odpowiadała słabo, żałośnie. Ksenia nie słyszała słów, ale wyłapała ton: teściowa się skarżyła. Jak zawsze.
Wróciła do salonu, wyłączyła telewizor. Usiadła na kanapie i spojrzała na swoje dłonie. Suche, z wyraźnymi żyłami. Palce zaczerwienione od prania i sprzątania. Na serdecznym — obrączka, cienka, wytarta przez czas.
Ile jeszcze?
Drzwi do pokoju teściowej otworzyły się. Stepan wyszedł — twarz miał nieprzeniknioną.
— Rzeczywiście była mokra — powiedział. — Przebrałem ją.
Ksenia skinęła głową. Nie miała siły się spierać.
— Słuchaj — mąż odchrząknął — może faktycznie czas coś zmienić. Może trzeba zatrudnić opiekunkę? Pomyślę o pieniądzach…
Podniosła na niego wzrok. W jego słowach nie było przeprosin. Nie było zrozumienia. Była tylko chęć rozwiązania problemu — szybko, prosto, żeby już nie wracał.
— Pomyśl — odpowiedziała krótko.
Stepan postał chwilę, jakby czekał na coś jeszcze, ale nie doczekawszy się, ruszył do wyjścia.
— Idę do garażu. Wrócę późno.
Drzwi trzasnęły. Ksenia została sama.
Za oknem zima plotła swoje białe koronki. Miasto zasypiało, przykrywając się śnieżną kołdrą. I w tej ciszy, w tym białym bezgłosie, Ksenia nagle jasno zrozumiała: coś musi się zmienić. Koniecznie.
Tylko nie wiedziała — co dokładnie.
Rano Ksenia obudziła się od dzwonka do drzwi. Ostrego, natarczywego — ktoś wyraźnie nie zamierzał odejść. Spojrzała na zegar: siódma rano. Stepan już wyszedł do pracy, nie budząc jej. Jak zwykle.
Narzucając szlafrok, pospieszyła do drzwi. Przez judasza zobaczyła znajomą sylwetkę — Zoja Pietrowna, młodsza siostra teściowej. Postawna, z farbowanymi rudymi włosami i wiecznie niezadowoloną miną.
— Już idę, już — mruknęła Ksenia, odsuwając zasuwkę.
Zoja Pietrowna wpadła do mieszkania jak huragan, nawet się nie witając. Za nią przecisnęła się jej córka Rita — trzydziestolatka, wyglądająca na starszą, o ostrych rysach i złośliwych oczkach.
— Gdzie Jewdokija Iwanowna? — zapytała żądająco Zoja Pietrowna, zdejmując kożuch w samym korytarzu i rzucając go na szafkę.
— Jeszcze śpi. W nocy było źle, dałam jej środek nasenny…
— Środek nasenny?! — Zoja Pietrowna rozłożyła ręce. — Ty co, całkiem? Przecież jej nie wolno takich dawek! Ty nie jesteś lekarzem!
Ksenia przełknęła ślinę. W środku już zaczynało wrzeć — to uczucie, które nauczyła się chować głęboko, głęboko, żeby nie wybuchnąć.
— Lekarz przepisał. Mam zalecenie…
— Pokaż!
Rita zachichotała — obrzydliwie, tak dziewczyńsko. Weszła do kuchni bez pytania o zgodę i od razu zaczęła otwierać szafki.
— A tu w ogóle jakiś bałagan. Naczynia brudne…
— To od wieczora — zaczęła się tłumaczyć Ksenia, choć doskonale wiedziała, że nie powinna. — Dopiero o drugiej w nocy się położyłam, nie zdążyłam…
— Nie zdążyłam! — przedrzeźniała Zoja Pietrowna. — A Dusia leży, mokra, chora! Stepan do mnie wczoraj dzwonił, wszystko mi opowiedział. Mówi, że ty już całkiem sobie pozwalasz. Telewizor oglądasz, kiedy jego matka umiera!
— To nieprawda…
— Nie pyskuj! — Zoja Pietrowna podeszła bliżej i Ksenia poczuła zapach tanich perfum — ciężki, mdlący. — Od dawna widzę, jak się do siostry odnosisz. Od początku widziałam. Ty jej nie lubisz, ona jest dla ciebie ciężarem!
— Opiekuję się nią od trzech miesięcy! Dzień i noc!
— Źle się opiekujesz — wtrąciła Rita z kuchni, przeżuwając coś. Ksenia z przerażeniem zrozumiała, że ta znalazła wczorajsze пирожki i już je wcina, nawet ich nie podgrzewając. — Ciocia Dusia cała w odleżynach. Wczoraj widziałyśmy, jak do niej weszłyśmy.
— Jakich odleżynach?! — Ksenia poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. — Ona nie ma odleżyn! Codziennie smaruję, przekładam ją…
— Kłam dalej — Zoja Pietrowna ruszyła w stronę pokoju teściowej. — Zaraz sama zobaczę.
Ksenia rzuciła się za nią. Jewdokija Iwanowna leżała w łóżku, blada, z zamkniętymi oczami. Oddychała ciężko, ze świstem. Zoja Pietrowna bezceremonialnie odchyliła kołdrę, podniosła staruszce koszulę.
— No! Widzisz?! — wbiła palec w plecy matki.
Ksenia pochyliła się. Tak, było niewielkie zaczerwienienie — całkiem małe, wielkości monety. Ale to nie odleżyna. Tylko podrażnienie od długiego leżenia. Codziennie smarowała to miejsce kremem…
— To nie odleżyna — powiedziała cicho. — To tylko…
— Zamknij się! — ryknęła Zoja Pietrowna. — Myślisz, że nie wiem, jak to się zaczyna? Sama przepracowałam dwadzieścia lat jako pielęgniarka! Ty mi siostrę wykończyłaś! Specjalnie!
— Zwariowałyście? — Ksenia cofnęła się. Ręce jej się trzęsły. — Ja wszystko dla niej robię! Wszystko!
— A może zadzwonimy do Stepana? — wtrąciła Rita, już wróciwszy z kuchni z pełnymi ustami. — Niech wie, co jego żona wyprawia.
— Zaraz zadzwonię! — Zoja Pietrowna chwyciła telefon.
Ksenia stała pośrodku pokoju i czuła, jak wszystko w niej zaciska się w twardy węzeł. To było niesprawiedliwe. To było okrutne. Oddawała ostatnie siły, zapomniała o sobie, o swoim życiu — i oto rezultat. Oskarżenia. Upokorzenia.
Jewdokija Iwanowna otworzyła oczy — mętne, zaczerwienione.

— Zoja? — wyszeptała. — Przyszłaś?
— Jestem, Dusiu, jestem — Zoja Pietrowna usiadła na skraju łóżka, natychmiast zmieniając gniew w czułą litość. — Nie denerwuj się. My wszystko widzimy. Wszystko.
Staruszka odwróciła głowę w stronę Kseni. I w jej spojrzeniu było coś takiego… jakby złośliwa satysfakcja? Mała iskierka zadowolenia.
— Ona… ona źle… — zachrypiała teściowa. — Zapomina… o lekach…
— Kłamstwo! — wyrwało się Kseni. — Zawsze daję na czas! Zawsze!
— Nie krzycz na chorą! — Zoja Pietrowna zerwała się. — Jeszcze drzeć się wymyśliła! Stepan! Stepan, słyszysz?!
Mówiła do telefonu. Ksenia usłyszała stłumiony głos męża, ale nie rozróżniła słów.
— Przyjeżdżaj natychmiast! — ciągnęła Zoja Pietrowna. — Twoja matka jest w strasznym stanie! A ta… ta w ogóle straciła sumienie!
Rozmowa trwała ze trzy minuty. Przez cały ten czas Rita stała w drzwiach i patrzyła na Ksenię z ledwo skrywaną drwiną. W jej oczach widać było wyraźną przyjemność — ktoś inny cierpi, ktoś jest na dnie, a ona jest na górze, i to ją grzeje.
— Stepan zaraz przyjedzie — oznajmiła Zoja Pietrowna, chowając telefon. — I porozmawiamy z nim. Poważnie porozmawiamy. Bo tak dalej być nie może!
— Co wy sobie pozwalacie?! — Ksenia poczuła, jak coś w niej pęka. — To mój dom! Moja rodzina! Jakim prawem…
— Prawem?! — Zoja Pietrowna aż nadęła się z oburzenia. — Mam prawo bronić swojej siostry! A ty… ty w ogóle kim jesteś? Tylko żoną. Łatwo przyszłaś, łatwo odejdziesz.
— Mama ma rację — przytaknęła Rita, oblizując palce. — W ogóle nie wiadomo, na jakiej podstawie ty tu rządzisz. Dom jest Stepana. I jego matka.
Ksenia opadła na krzesło. Nie miała siły się kłócić. I jaki sens? One już wszystko postanowiły. Już wyrobiły sobie zdanie — i nic go nie zmieni.
Za oknem trwała zima — bezlitosna, zimna. Śnieg padał bez przerwy, zasypując podwórza, auta, ławki. Świat stawał się biały, czysty… ale w tym mieszkaniu panował zupełnie inny kolor. Szary. Ciemny.
Drzwi trzasnęły — wrócił Stepan. Ksenia podniosła głowę i spotkała się z jego spojrzeniem. W jego oczach nie było wątpliwości. Już ją o wszystko obwinił.
Stepan zrzucił kurtkę, nie patrząc na żonę. Poszedł prosto do matki, pochylił się nad łóżkiem.
— Jak się czujesz, mamo?
— Źle, synku — jęknęła Jewdokija Iwanowna. — Bardzo źle… Ona mnie nie karmi… Wody nie daje…
— Co?! — Ksenia zerwała się. — To bzdura! Przecież wczoraj gotowałam jej rosół!
— Jaki rosół? — prychnęła Zoja Pietrowna. — Z kostki pewnie. Sama chemia. Chorym takiego nie wolno!
— Stepan, przecież wiesz… — Ksenia próbowała podejść, ale mąż zatrzymał ją spojrzeniem. Zimnym. Obcym.
— Wiem — powiedział powoli. — Wiem, że ostatnio zrobiłaś się jakaś… inna. Odpyskowujesz. Nie słuchasz. Wczoraj to na mnie w ogóle nakrzyczałaś.
— Ja nie nakrzyczałam! Ja tylko powiedziałam prawdę!
— Prawdę? — wyprostował się, odwrócił do niej twarzą. — Jaką prawdę? Że moja matka cię zmęczyła? Że jesteś zmęczona? A kto się nie męczy, Ksenia? Ja się nie męczę? Haruję codziennie, pieniądze do domu przynoszę!
— A ja co robię?! — głos jej się załamał. — Siedzę tu jak służąca! Dzień i noc! Nie mam nawet dokąd wyjść!
— No to zatrudnimy opiekunkę — rzucił obojętnie Stepan. — Skoro ci tak ciężko.
— Nie chodzi o opiekunkę! — Ksenia poczuła, jak łzy podchodzą jej do gardła, ale się powstrzymała. Nie tutaj. Nie przy nich. — Chodzi o to, że mnie nie słyszysz! Nie widzisz!
— Boże, znowu te kobiece humory — Stepan махnął ręką. — Ciociu Zoiu, zostaniecie z mamą?
— Oczywiście — Zoja Pietrowna uśmiechnęła się zwycięsko. — My z Ritą zostaniemy. Zajmiemy się nią jak trzeba.
— No i dobrze. — Stepan ruszył do drzwi. — A ty, Ksenia, szykuj się. Pojedziesz do swojej matki na kilka dni. Odpoczniesz.
Ksenia znieruchomiała. To było wygnanie. Miękkie, przykryte troską — ale wygnanie.
— Wyrzucasz mnie?
— Daję ci chwilę oddechu — nawet się nie odwrócił. — Chyba że chcesz zostać i dalej urządzać awantury?
Rita zachichotała za jego plecami. Zoja Pietrowna rozsiadła się w fotelu obok Jewdokii Iwanowny jak królowa na tronie. Staruszka leżała z zamkniętymi oczami, ale Ksenia widziała — kąciki jej ust uniosły się odrobinę. Zadowolony uśmieszek.
I wtedy coś w środku kliknęło.
Nie złamało się — nie. Przeciwnie. Wskoczyło na swoje miejsce.
— Wiesz co, Stepan — powiedziała cicho, ale bardzo wyraźnie. — Ja naprawdę wyjdę. Tylko nie na kilka dni.
Odwrócił się. Na twarzy zdziwienie.
— To znaczy?
— To znaczy odchodzę na zawsze. — Słowa same z niej wypadały, jakby mówił ktoś inny jej głosem. — Dwadzieścia trzy lata z tobą przeżyłam. Znosiłam twoją matkę, która nienawidziła mnie od pierwszego dnia. Znosiłam to, że wracasz do domu i nawet nie powiesz „dziękuję”. Znosiłam, że dla ciebie jestem po prostu meblem. Wygodnym. Darmowym.
— Zwariowałaś? — Stepan zrobił krok w jej stronę. — Kompletnie ci odbiło?
— Nie — Ksenia pokręciła głową. — Właśnie przeciwnie. Pierwszy raz od dawna widzę wszystko jasno. Mam dość bycia niewidzialną. Mam dość bycia winną wszystkiego. Opiekujcie się swoją matką sami. Wszyscy tacy prawi, tacy troskliwi — to pokażcie klasę.

— Ksiuśka, opamiętaj się! — Zoja Pietrowna zerwała się. — Przecież jesteś żoną! Masz obowiązki!
— Obowiązki miał też on — Ksenia skinęła na męża. — Kochać. Sz尊ować. Dbać. Gdzie to wszystko jest?
Stepan poczerwieniał. Pięści mu się zacisnęły.
— Pożałujesz — wycedził przez zęby. — Jeszcze tu przypełzniesz. Dokąd pójdziesz? Nic nie masz!
— Pójdę do mamy. Potem znajdę pracę. Wynajmę pokój. — Ksenia weszła do sypialni, wyciągnęła z szafy starą torbę. — A dalej się zobaczy.
Pakowała się szybko, bez zastanowienia. Tylko to, co najpotrzebniejsze — dokumenty, kilka swetrów, bielizna. Ręce jej nie drżały. Serce biło równo. Ogarnął ją dziwny spokój — jakby długa choroba odpuściła i wreszcie można było oddychać pełną piersią.
Stepan stał w drzwiach sypialni. Patrzył. Milczał. W jego oczach mignęło coś jak zagubienie — wyraźnie nie spodziewał się takiego zwrotu.
— Mówisz poważnie? — zapytał ciszej.
Ksenia zapięła torbę. Spojrzała na niego długo, uważnie. Próbowała znaleźć w tej twarzy tamtego młodego chłopaka z targu, który obiecał ją chronić. Nie znalazła. Przed nią stał obcy mężczyzna. Zmęczony, zły, z wygaszonymi oczami.
— Poważniej się nie da — odpowiedziała.
Przeszła obok niego — obok Zoi Pietrownej z jej triumfalną miną, obok Rity z jej złośliwym uśmieszkiem. Zatrzymała się przy łóżku teściowej. Jewdokija Iwanowna otworzyła oczy.
— Żegnajcie — powiedziała Ksenia. — Wracajcie do zdrowia.
W oczach staruchy mignął strach. Chyba dopiero teraz zrozumiała, co narobiła.
Ksenia wyszła z mieszkania. Na klatce było zimno — okno się nie domykało i wiatr swobodnie hulał po piętrach. Zarzuciła płaszcz, chwyciła torbę i zeszła na dół.
Na dworze wciąż panowała zima. Śnieg chrzęścił pod nogami, mróz szczypał w policzki. Ale Kseni było ciepło. W środku rozlewało się nieznane uczucie — lekkość? Wolność.
Szła przez zasypane śniegiem podwórko i z każdym krokiem przeszłość zostawała za nią. Tam, w tamtym mieszkaniu, z tamtymi ludźmi.
A przed nią była niewiadoma. Straszna, ale jakaś… właściwa.
Ksenia uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od wielu miesięcy.
I poszła dalej, w białą zimową dal — tam, gdzie zaczyna się nowe życie.